http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

22 września 1930 r. Dwie na jednego

Włodzimierz Kalicki
2011-09-25, ostatnia aktualizacja 2011-09-23 14:00

Od kilku godzin państwa Weinkiperów nie ma w domu. O 13 kucharka Falisiewiczowa mówi Turkowskiej, że ma pilny interes do załatwienia

Roman Kosiński w fałszywej czapce kontrolera elektrowni
Fot. Biblioteka Narodowa
Roman Kosiński w fałszywej czapce kontrolera elektrowni
Dozorczyni Bocianowa
Fot. Biblioteka Narodowa
Dozorczyni Bocianowa
W mieszkaniu Gustawa Weinkipera na drugim piętrze, w drugim podwórzu kamienicy przy ul. Świętokrzyskiej nr 15, krzątają się dwie służące: 28-letnia pokojówka Janina Turkowska i kucharka Józefa Falisiewiczowa. Gustaw Weinkiper to syn zmarłego niedawno bardzo zamożnego właściciela kantoru bankierskiego przy Krakowskim Przedmieściu - Gustawa Weinkipera seniora. Od kilku godzin państwa nie ma w domu. O 13 kucharka Falisiewiczowa mówi Turkowskiej, że ma pilny interes do załatwienia, i wychodzi na miasto. Ten pilny interes to nieznajomy, który zawrócił jej w głowie.

Od dwóch tygodni do mieszkania Weinkiperów wydzwaniał mężczyzna o miłym głosie. Zrazu niby miał interes do państwa, ale w końcu wystarczyły mu w zupełności pogaduszki z kucharką. Nieznajomy miał gładką gadkę i szybko zaczął z nią flirtować, namawiając na randkę. Falisiewiczowa, choć mężatka, dała się przekonać i wczoraj o 13 umówiła się z nieznajomym na rogu Czackiego i Świętokrzyskiej. Absztyfikant jednak zawiódł. Wystrojona odświętnie kucharka postała na rogu i po pół godzinie zła jak osa wróciła do mieszkania Weinkiperów.

A jednak tajemniczy nieznajomy tam był. Roman Kosiński, 38-letni współwłaściciel zakładu kotlarskiego, stał w ciemnym garniturze nieopodal kamienicy przy Świętokrzyskiej 15. Gdy ujrzał kucharkę na ulicy, wszedł do bramy, wyjął z teczki spreparowaną czapkę kontrolera elektrowni i usiłował włamać się do mieszkania Weinkiperów. Gdy jednak służąca usłyszała jakieś zgrzyty w zamku, zapytała przez drzwi, czy to Falisiewiczowa. Kosiński jak niepyszny zbiegł.

To była już jego kolejna próba obrabowania Gustawa Weinkipera. Zaczął od zupełnie nieudanego napadu z rewolwerem w ręku na kantor, który młody finansista odziedziczył po ojcu. Kosińskiemu udało się uciec nie rozpoznanym. Potem Kosiński próbował wciągnąć Weinkipera w pułapkę. Wydzwaniał do niego, podając się za pracownika Banku Ziemiańskiego, i usiłował umówić się z nim na mieście pod pozorem zaprezentowania korzystnej transakcji. Gdy

Weinkiper odmówił, Kosiński, modulując głos, wydzwaniał do niego, udając dla odmiany oficera z Inspektoratu Sił Zbrojnych, i namawiał na kupno papierów wartościowych. Weinkipera nie zainteresowała rzekomo okazyjna transakcja i odesłał natręta do Banku Polskiego, który prowadzi skup papierów wartościowych.

Zaraz po nieudanej próbie włamania się do mieszkania przy Świętokrzyskiej 15 Kosiński zatelefonował i słodkim głosem poprosił do telefonu panią Falisiewiczową. Przeprosił rozeźloną kucharkę za niestawienie się na randce. Gdy udobruchana napomknęła, że następnego dnia państwa też nie ma w domu, natychmiast umówił się na spotkanie - dziś, o 14.

I znów, jak wczoraj, Falisiewiczowa, odsztyftowana i cała w skowronkach, pędzi na randkę, tym razem przezornie wyznaczoną przez amanta daleko od mieszkania Weinkipera. Kosiński sprawdza, czy kucharka pojechała, i idzie do mieszkania finansisty. Z teczki z eleganckim monogramem "RK" wyjmuje czapkę z urzędniczym złotym otokiem i podrobioną odznaką inspektora elektrowni. Zakłada ją na głowę i naciska dzwonek drzwi kuchennych.

Panna Turkowska powoli idzie do drzwi. Ktoś dzwoni raz po raz, i w dodatku puka. Turkowska otwiera i widzi mężczyznę o powierzchowności urzędnika. Nieznajomy przedstawia się jako kontroler elektrowni, który ma sprawdzić instalację elektryczną i spisać licznik.

- Ale państwa nie ma w domu - oponuje służąca.

Kosiński nalega i w końcu Turkowska, mimo iż Weinkiperowie nie uprzedzali jej o wizycie inkasenta, wpuszcza przybysza do środka. Służąca oprowadza go po wszystkich czterech pokojach. Kosiński udaje, że sprawdza przebieg przewodów w ścianach. W końcu prosi o pokazanie łazienki. W pokoju kąpielowym, odizolowanym od reszty mieszkania, wyciąga z kieszeni rewolwer, przystawia do głowy panny Janki i wrzeszczy: - Stul pysk! Jak piśniesz słowo, zabiję cię jak psa! Gdzie są pieniądze!? Gdzie są brylanty!?

Przerażona służąca tłumaczy, że nic nie wie o żadnych pieniądzach. Napastnik krzyczy jednak, że on świetnie wie, że w tym mieszkaniu jest skrytka z kosztownościami i gotówką. Ale panna Janka zarzeka się, że o niczym takim nie wie.

Widząc, że krzykiem nic nie wskóra, Kosiński otwiera teczkę. Wyjmuje trzy kawałki sznura i krępuje służącą. Potem podnosi ją jak worek i wrzuca do wanny.

Napastnik działa planowo. Drzwi kuchenne, którymi wszedł, zamyka na klucz, odsuwa za to zasuwę w drzwiach frontowych, by ułatwić sobie ewentualną ucieczkę. Potem zamyka okna, zaciąga story, zapala światła i bierze się do przeszukiwania mebli i zakamarków.

Panna Turkowska nie traci zimnej krwi. Co rusz podnosi się i mimo więzów usiłuje podejrzeć, co czyni bandyta. Gdy ten zagląda do łazienki, służąca natychmiast osuwa się na dno wanny i udaje omdlałą ze strachu. Gdy Kosiński zaczyna łomem rozbijać zamek od szuflady w biurku, Turkowska rozplątuje zębami węzeł na kiściach dłoni. Potem oswobadza nogi i cichutko, na paluszkach, przemyka do drzwi frontowych. Gdy wybiega na podwórze, krzyczy rozpaczliwie:

- Bandyta! Ratunku!

Lokatorzy wyskakują z mieszkań. Na podwórzu błyskawicznie zbiera się kilkadziesiąt osób. Kilku mieszkańców telefonuje na posterunek policji. Krzyki docierają do mieszkania Weinkipera. Przez okno wychyla się zaalarmowany gwarem Kosiński.

- To on! - krzyczy przenikliwie panna Turkowska.

Kosiński pojmuje, że musi uciekać. Gdy wybiega na podwórze, kilku lokatorów rzuca się, by go obezwładnić. Bandyta celuje w nich z rewolweru. - Kto podejdzie, zabiję! - ryczy.

Mężczyźni odskakują jak oparzeni.

Kosiński rzuca się w pościg za panną Turkowską. Ta ucieka w kierunku ulicy. Napastnik celuje w nią i już, już ma wystrzelić, gdy przytomna dozorczyni Bocianowa rzuca się do bramy i zatrzaskuje ją. Kosiński teraz nie dość, że nie może zabić służącej, to sam jest w potrzasku.

Próbuje przeleźć przez parkan między posesjami, ale nie daje rady. Wtedy Bocianowa otwiera bramę. Ale tylko po to, by wpuścić przechodzącego akurat Świętokrzyską przodownika policji Stefana Jakubowskiego. Na widok funkcjonariusza Kosiński ucieka z powrotem na klatkę schodową. Rewolwer w panice chowa za piec, czapkę kontrolera wciska pod słomiankę przed jednym z mieszkań na pierwszym piętrze. Na podwórku Bocianowa prowadzi przodownika Jakubowskiego do klatki, do której uciekł napastnik. Gdy policjant z pistoletem w ręku wbiega na schody, Kosiński woła patetycznie: - Nie strzelać! Oddaję się w ręce sprawiedliwości!

Teraz przodownik Jakubowski ma nowe zadanie: Turkowska i Bocianowa próbują obić bandycie gębę. Przodownik Jakubowski mityguje obie niewiasty.

Gdy Falisiewiczowa wraca wściekła z nieudanej randki, Kosiński od dawna siedzi już pod kluczem na posterunku policji. DF

  • 3
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':