To stare przysłowie oddaje odwieczną namiętność tego narodu. Jeszcze Lew Tołstoj w "Wojnie i pokoju" opowiadał, jak to młody książę Anatol Kuragin gnał trojką na złamanie karku wąskimi uliczkami Moskwy, a dla pełnej radości lubił przy tym rozjechać jakiegoś przechodnia. Jemu było wolno, bo miał tytuł, epolety oficerskie, miliony ojca i koneksje na carskim dworze.
Współczesnym Rosjanom wymarzone prawo na ostrą jazdę bez trzymanki daje niebieski kogut na dachu luksusowego auta, zwany "migałką". Do niej dołączona jest jeszcze i "krakałka" - klakson przypominający wrzask wrony, którym pędzący mercedes, bmw czy bentley rozgania na zatłoczonej jezdni łady i podobny im złom.
"Migałka" z "krakałką" to nie tylko instrument pozwalający jechać szybciej niż zwykły plebs. To nobilitacja, symbol wysoko wynoszący ponad tłum. To znak, że taka osoba ma i tytuł, i epolety, i miliony ojca, i koneksje na Kremlu. Dlatego wszyscy lub prawie wszyscy marzą o "migałce" z "krakałką", a kogo stać, kupuje to cudo od skorumpowanej drogówki za ciężką forsę.
Każda kolejna władza obiecuje Rosjanom, że "migałki" znikną, że prawo do koguta będzie mieć tylko prezydent i premier. Ale z tą magiczną lampą na dachu wciąż jeździ masa biurokratów średniego szczebla, artystów, bogaczy i oczywiście także bandytów. Nikt nie wie dokładnie, ile takich migających aut krąży po samej Moskwie, ponoć jest ich ponad tysiąc.
Wojnę z "migałkami" i "krakałkami" toczy w internecie i na ulicach nieformalna organizacja Niebieskie Wiaderka. Nazwa wzięła się stąd, że jej zwolennicy jeżdżą po Moskwie z niebieskimi, przypominającymi "migałki", wiaderkami na dachach aut.
"Kontrmigałkowcy" polują na łamiących
przepisy o ruchu drogowym, a często i kości przechodniów, "migałkowców". Filmują auta pędzące na sygnale nie na ważne rządowe narady, a do supermarketów czy na dacze, a potem pokazują w internecie.
Całkiem niedawno udało im się wytropić i ustrzelić całkiem grubego zwierza, głównego filmowca Rosji reżysera Nikitę Michałkowa. On, choć nie minister, a poza ekranem, gdzie lubi grać ludzi w pagonach, nawet nie generał, gna po Moskwie swym landroverem z "migałką". Dostał ją, bo był do niedawna szefem rady społecznej przy ministerstwie obrony.
"Kontrmigałkowcy" zaciekle tropili Michałkowa. Filmowali, jak przejeżdża podwójną ciągłą, po chamsku przegania z jezdni innych kierowców. Reżysera, choć to i laureat Oscara, i niewątpliwie geniusz ekranu, Rosjanie - delikatnie mówiąc - nie lubią. Naraził się inteligencji moskiewskiej swym lizusostwem, płaszczeniem się przed władzą, publicznym tytułowaniem Władimira Putina "jego wysokością".
Za to władza wynagradza go szczodrze. Finansuje jego filmy, uczyniła go nieformalnym głównym filmowcem kraju. Ale publiczność się od niego odwróciła.
Ostatnio na ekrany wszedł naprawdę dobry film Michałkowa "Cytadela", ale krytycy zgodnym chórem go wyśmiali, a publiczność bojkotuje. W towarzystwie nawet nie wypada przyznawać się, że oglądało się "Cytadelę".
Ministerstwo obrony poddało się tym nastrojom i odebrało nadwornemu reżyserowi Kremla "migałkę". I zrobił się z tego potężny polityczny skandal. Michałkow ogłosił, że jeśli resort nie potrafił obronić go przed gawiedzią, to i kraju przed wrogiem też nie obroni. Oskarżył ministra obrony oraz głównodowodzącego siłami zbrojnymi, czyli samego prezydenta, o deptanie sławnej tradycji armii rosyjskiej. I głośno trzasnął drzwiami, odchodząc z rady społecznej
MON.
Ale na tym nie koniec. Michałkow to osobowość twórcza i aktywna. Wypłynął na patriotyczno-prawosławnym Słowiańskim Forum Sztuki, gdzie dowodził, że koniecznie jak najszybciej trzeba powołać do życia nową radę społeczną. Ma ona czuwać nad tym, by w mediach było jak najwięcej relacji z uroczystości cerkiewnych, a nie pojawiały się treści sprzeczne z tradycyjną moralnością rosyjską.
Inicjatywę poparła spora grupa patriotycznie nastawionych twórców, którym bardzo spodobał się pomysł wprowadzenia w kraju "społecznej cenzury".
Jeśli się uda, Michałkow będzie wygrany podwójnie. Zamknie gęby krytykom wyśmiewającym z niemoralnych i antyrosyjskich pozycji jego filmy, a jako przewodniczący nowej rady odzyska też "migałkę".