Jak człowiek, który pięć lat temu próbował sfałszować wybory prezydenckie, mógł zostać głową państwa? Odpowiedź jest jedna. Takie są zasady demokracji. I nie ma co się na nie obrażać.
Siłą rzeczy przypomina się jesień 1995 r., gdy w Polsce były działacz PZPR
Aleksander Kwaśniewski pokonał w wyborach prezydenckich twórcę "Solidarności" Lecha Wałęsę. Pamiętam znajomych rozpaczających, że to koniec świata. Ktoś pił przez kilka dni, ktoś myślał o emigracji. A po dziesięciu latach ci sami ludzie przyznawali, że Kwaśniewski był znakomitym prezydentem.
Janukowycz to rzecz jasna nie Kwaśniewski. Znacznie bardziej grubo ciosany, z innymi horyzontami, kulturowo tkwiący zdecydowanie w orbicie rosyjskiej. Przyznający, że dobrze czuje się w dresach, a najchętniej lubi spędzać czas w ruskiej bani (czyli w saunie). Typowy postsowiecki swój chłop, jakich można spotkać od Brześcia do Władywostoku.
Mimo wszystko to ten były bokser i chuligan przeszedł przez ostatnie lata długą drogę. Być może największą z całej ukraińskiej elity. Gdy w 2002 r. po raz pierwszy został premierem, był tylko lokalnym satrapą z Donbasu chronionym przez tamtejszy klan doniecki, który zyskiwał wpływy w otoczeniu ówczesnego prezydenta Leonida Kuczmy. Prawie nie mówił po ukraińsku. A jak mówił, to miał niewiele do powiedzenia.
Sześć lat temu próbowano zrobić z niego prezydenta takimi samymi metodami jak w Rosji, czyli poprzez namaszczenie przez poprzednika. Nie udało się mimo próby sfałszowania wyborów. Ludzie nie pozwolili na to podczas pomarańczowej rewolucji.
Większość polityków po takim upokorzeniu, jak przyłapanie na fałszerstwie, odeszłaby z polityki. Ale Janukowycz wytrwał. Być może należało go wtedy ukarać, ale nie zrobiono tego. W ciągu ostatnich pięciu lat jego Partia Regionów dwukrotnie wygrała wybory parlamentarne, których demokratyczności nikt nie kwestionował.
W 2006 r. prezydent
Wiktor Juszczenko ponownie powierzył mu tekę premiera. Nie ma więc sensu rozpamiętywać Janukowyczowi dawnych win. Trzeba przyjąć za dobrą monetę, że akceptuje demokratyczne reguły
gry. Jest politykiem z realnym poparciem społecznym, nie wykreowaną wydmuszką.
Janukowycz jest prorosyjski, demonstrował to podczas kampanii wyborczej, najważniejsze przemówienia wygłaszał w tym języku. Ale to nie znaczy, że będzie pachołkiem Rosji. Na pewno będzie wysyłał sygnały, że jest mu bliżej do Moskwy niż do Brukseli, nie mówiąc już o Waszyngtonie. Ale w zasadniczych sprawach będzie twardy.
Janukowycz rozumie, że jeśli chce być liczącym się politykiem, to musi wzmacniać Ukrainę, a nie starszego brata. Tak zresztą rozumuje cała ukraińska elita. Będzie starał się targować z Rosją, jak najwięcej od niej uzyskać (przede wszystkim tanią ropę i gaz), ale nie za cenę utraty suwerenności czy wyrzeczenia się kontroli nad strategicznymi obiektami w gospodarce.
Stosunek do ukraińskich gazociągów i kwestia bazowania rosyjskiej Floty Czarnomorskiej na Krymie będą kluczowym sprawdzianem jego patriotyzmu.
Janukowycz jest nieufny wobec Europy. Być może z trudem mieści mu się w głowie, że
Ukraina może być kiedyś w UE. Teraz od Europy zależy, czy przekona Janukowycza do siebie i stworzy atrakcyjną ofertę dla Ukrainy.
Nie chodzi o członkostwo, bo to jeszcze długo nie będzie realne. Chodzi o długofalowy program zbliżania z UE. Służy temu Partnerstwo Wschodnie. Warto pokazać prezydentowi Janukowyczowi, co konkretnie Ukraina może dzięki niemu zyskać.
- Janukowycz to chodząca przeciętność - powiedział mi wybitny ukraiński intelektualista. To prawda. Ale zarazem niepozbawiony ambicji. Pytanie, czy Janukowycz spocznie na laurach i zajmie się tylko obsługiwaniem interesów swego zaplecza oligarchicznego.
- On nas przynajmniej nie rozczaruje, bo wiemy wszystko o jego słabościach i wadach. A jeśli zaskoczy, to tylko na plus - mówi ukraińska znajoma. Bardzo celna uwaga.