Jak bumerang wraca sprawa monachijskiej awantury Jana Rokity sprzed 10 miesięcy. Niemiecka policja wyprowadziła wówczas siłą byłego posła z samolotu. Nie chciał iść po dobroci, to zakuto go w kajdanki. Po powrocie do Polski żalił się, że padł ofiarą niechęci Niemców do Polaków. Wielu w to uwierzyło, choć równie wielu twierdziło, że Rokita najpierw szarpiąc się ze stewardessą, a potem rozpaczliwym głosem wzywając pomocy przed policjantami, skompromitował się do cna.
Do tej pory w dyskusji nie pojawił się wątek odpowiedzialności za czyny. Niemiecki sąd uznał, że Rokita popełnił przestępstwo i to wcale nie błahe, bo na pokładzie samolotu. Bez względu na to, kim jest w polskiej polityce, powinien ponieść za to karę. Podobnie gdyby do incydentu doszło w Polsce, czy gdziekolwiek indziej na świecie.
Żaden polityk, choć wielu często tak się wydaje, nie jest świętą krową. W Niemczech nikt nie ma z tym problemu. W zeszłym roku 3 tys. euro grzywny musiał zapłacić prominentny polityk SPD w Brandenburgii Steffen Reiche, którego stewardessa oskarżyła, że po sprzeczce złośliwie podłożył jej nogę.
Niemiecki wymiar sprawiedliwości Rokicie nie odpuści. Może nie wyda za nim europejskiego nakazu aresztowana, ale b ędzie próbować ściągnąć grzywnę rękami polskiego komornika. Ma w ręku mocne argumenty, bo Rokita, przecież prawnik, tak bardzo ignoruje niemiecki wymiar sprawiedliwości, że nawet nie odwołał się od decyzji sądu i wyrok stał się prawomocny.
Jan Rokita może przeciągać sprawę, próbować zamieniać ją w polsko-niemiecką szopkę. Nie zmieni to faktu, że sąd uznał, iż powinien ponieść karę. Najlepiej by było, gdyby grzywnę zapłacił, zamknął sprawę i oszczędził sobie wstydu.