130 tys. ludzi wyszło w Moskwie na
demonstrację poparcia dla premiera Władimira Putina, faworyta marcowych wyborów prezydenckich. Została ona zorganizowana tak, by wyglądała na spontaniczną i radosną. - Bitwa o Rosję trwa! Zwyciężymy w niej! - krzyczał Putin. I znów straszył zagraniczną ingerencją w sprawy Rosji. Nie rozwinął, na czym miałaby ona polegać, ale mniejsza o to.
130 tys. to ciut więcej niż liczba uczestników demonstracji opozycji organizowanych od grudnia. Na tamte demonstracje przychodziło po 120 tys. ludzi, ale kilka razy. I nie ma wątpliwości, że zbierali się spontanicznie, a nie np. dlatego, że zmuszano ich do tego w zakładach
pracy.
Z drugiej strony popularność premiera Putina, choć spada, wcale nie jest taka mała. Fundacja Opinia Publiczna szacuje ją na 49,5 proc., co może nie daje Putinowi murowanego zwycięstwa w pierwszej turze 4 marca, ale pewne w drugiej.
Putin wygra, jego zwolennicy będą się cieszyć, ale liczba sympatyków opozycji wcale nie zmaleje. Zwycięstwo premiera będzie dla nich dowodem na postępujący zastój w Rosji. Z pewnością znajdą też mnóstwo dowodów na fałszerstwa wyborcze na korzyść Putina, co tylko zwiększy złość sympatyków opozycji i zmniejszy legitymację rządów nowej głowy państwa.
Dzisiejsze zgromadzenie 130 tys. zwolenników w Moskwie nie wystarczy do rozwiązania problemów Rosji. Ciekawe, czy Putin zdaje sobie z tego sprawę. Od tego zależy nie tylko jego przyszłość, ale przyszłość prawie160-mln kraju oraz jego sąsiadów, którzy mogą boleśnie odczuć skutki gwałtownych wstrząsów w Rosji.