Nie cieszmy się, to nie koniec greckiego dramatu. Za kilka miesięcy znów będziemy czytać z coraz większym znudzeniem o negocjacjach ostatniej szansy prowadzonych po to, by
Grecja nie została ogłoszona bankrutem. Bo chodzi o pozory. Dzięki temu, że prywatne banki zostały zmuszone do skreślenia około 100 mld euro należności, dług Grecji ma spaść w 2020 roku z prawie 170 proc.
PKB do 120. To ładnie wygląda na papierze, ale przecież w ciągu ośmiu lat może się wiele zdarzyć, zwłaszcza w Grecji. Obniżenie greckiego długu do 120 proc. to raczej pobożne życzenie europejskich polityków niż rzetelna prognoza. Najwyraźniej chodziło o to, by zapalić światełko w tunelu. Pokazać, że jest perspektywa pozytywnego rozwiązania kryzysu. Bo dług 120-procentowy teoretycznie można spłacić, a z wyższym byłby kłopot.
Kolejne miliardy euro mają być wydane z kieszeni europejskich podatników po to, by Grecja nie została uznana za bankruta. Ale przecież jest bankrutem, bo nie jest w stanie o własnych siłach regulować zobowiązań i nikt dobrowolnie rządowi greckiemu pieniędzy nie pożycza. Po co więc ta kosztowna
gra pozorów?
Głównie po to, by nie wprowadzać na rynkach finansowych jeszcze większej nerwowości, która mogłaby się przerodzić w panikę. Jeśli 20 marca grecki rząd nie miałby pieniędzy na wykup obligacji o wartości 14,5 mld euro, wierzyciele, którzy dziś udają, że wierzą, iż dług zostanie im zwrócony, musieliby odnotować w księgach straty. Część długu greckiego jest ubezpieczona, więc straty poniosłyby kolejne instytucje finansowe i kryzys rozlałby się, jak po bankructwie banku
Lehman Brothers w 2008 roku, na cały świat. Ryzyko zostało odsunięte na kilka miesięcy.
Czy warto było za to zapłacić? Nie ma prostej odpowiedzi i dlatego inną dają politycy, bankowcy, a inną ekonomiści teoretycy. Ci ostatni dość powszechnie krytykują porozumienie, wykazując, jak nierealne są założenia, że kraj odzyska w ciągu ośmiu lat zdolność do samodzielnej obsługi swego długu.
Bo zanim do tego dojdzie, Grecja będzie musiała przebyć maraton z przeszkodami. Za dwa miesiące odbędą się wybory, które zapewne wyniosą do władzy partie kontestujące porozumienie z Unią Europejską i konieczność dalszego zaciskania pasa.
Ale nawet jeżeli nowy rząd będzie kontynuował politykę uzgodnioną z Unią, zdolność do spłaty długu zależeć będzie od stanu gospodarki. Grecka gospodarka od czterech lat jest pogrążona w recesji, a prognozy mówią, że wyjdzie z niej dopiero w roku 2013. To też może być zbyt optymistyczne, choćby dlatego, że część Greków wyjedzie z pogrążonego w kryzysie kraju, więc skurczą się zasoby siły roboczej. Szanse na szczęśliwe zakończenie greckiej tragedii są więc niewielkie.
Punkt widzenia polityków jest zupełnie inny. Prezydent Francji Nikolas Sarkozy staje w tym roku do wyborów, kanclerz Niemiec Angela Merkel - w przyszłym. Niekontrolowane bankructwo Grecji i jego konsekwencje na pewno nie pomogłyby obu politykom.
Jeszcze inaczej kalkulują wierzyciele. Wprawdzie prywatne banki stracą połowę pieniędzy zainwestowanych w greckie obligacje, ale dzięki pieniądzom podatników coś jednak odzyskają.
A jaki jest punkt widzenia Greków? W przyspieszonym tempie przerabiają podstawowy kurs ekonomii. Przez lata żyli ponad stan, przejadając unijne fundusze i tanie kredyty dostępne dzięki obecności w
strefie euro. To nie jest ich wada narodowa, jak piszą niektóre zachodnioeuropejskie media, ale wina greckich polityków, którzy uspokajali wyborców, że dzięki wspaniałym rządom obywatele mogą pracować mniej, a zarabiać i konsumować więcej. Ten "cud" się skończył, gdy przyszło spłacać długi.
Kiedy politycy obiecują nam za dużo, trzymajmy się za kieszeń!