http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Grecy testują demokrację

Witold Gadomski
2012-02-09, ostatnia aktualizacja 2012-02-09 10:42

W Grecji, jak zwykle, trwają rozmowy "ostatniej szansy". Rząd grecki rozmawia z "trojką" - przedstawicielami Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego.

Witold Gadomski
fot.
Witold Gadomski
Minister finansów Evangelos Venizelos negocjuje z prywatnymi wierzycielami, reprezentowanymi przez Institute of International Finance. Trzy partie tworzące rządzącą koalicję rozmawiają ze sobą o tym, czy przeprowadzić wybory zgodnie z kalendarzem w kwietniu, czy też odłożyć na przyszły rok.

Rozmowy odbywają się w zaciszu gabinetów, ale na ulicach Aten jest głośno. Demonstranci nie chcą słyszeć o dalszych oszczędnościach budżetowych i zaciskaniu pasa. Nie chcą zrezygnować z tradycyjnych premii noworocznych, czyli 13. i 14. pensji, nie godzą się na obniżenie płacy minimalnej do 600 euro (jakieś 2,5 tys. zł), na redukcję zatrudnienia w sektorze publicznym, na bardziej elastyczne godziny pracy, liberalizację rynku wewnętrznego itd.

Z polskiej perspektywy kolejny program oszczędnościowy nie wydaje się drastyczny, ale Grecy są innego zdania. Gdyby zapytać ich w referendum, czy godzą się na przyjęcie pakietu reform, zapewne odpowiedzieliby, że nie. Grecy są wściekli na wszystkie główne partie, a szczególnie na socjalistów z PASOK, którzy do listopada rządzili samodzielnie. Poparcie dla partii byłego premiera Jeorjosa Papandreu spadło do 8 proc. Prawicowa Nowa Demokracja ma ok. 30 proc. Za mało, by po wyborach samodzielnie tworzyć rząd. Rośnie wprawdzie poparcie dla skrajnej lewicy, ale nie na tyle, by mogła liczyć na udział w przyszłym rządzie. Zresztą - co ma do zaoferowania poza protestami wobec programu ratunkowego.

Jeśliby rządząca koalicja posłuchała głosu ulicy, rozmowy z wierzycielami zostałyby zerwane. To oznaczałoby wycofanie się zagranicznych aktorów z rozmów i za miesiąc - gdy przypadnie kolejna rata spłaty długu - rząd musiałby ogłosić niewypłacalność. Ponieważ rząd grecki nie może drukować pieniędzy - klucz do drukarni euro jest we Frankfurcie - pustki w kasie oznaczałyby wstrzymanie pensji i emerytur. Zapewne w takiej sytuacji rząd zdecydowałby się wyjść ze strefy euro, by finansować swe wydatki własną walutą. Przywrócona do obiegu drachma traciłaby na wartości, a w kraju szalałaby inflacja. W bankomatach szybko zabrakłoby euro, a większość greckich banków upadłaby. System finansowy trzeba byłoby budować od początku.

Scenariusz ten doskonale znają greccy politycy, którzy czynią wszystko, by uchronić obywateli przed katastrofą. Dlatego robią rzeczy, na które wyborcy się nie zgadzają.

Przed katastrofą chcą też uchronić Grecję politycy europejscy. Kanclerz Merkel zaproponowała niedawno, by budżet zadłużonego państwa był ustalany nie w Atenach, a w Brukseli. To oznaczałoby nie tylko złamanie zasad demokracji, ale poważne naruszenie suwerenności kraju.

Najwyraźniej demokracja okazuje się dla Greków zabójcza. A może po prostu pozwolić im doprowadzić scenariusz katastrofy do końca. Czasami trzeba dojść do dna, żeby się odbić.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 26 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    33 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':