"Klub 100 miliardów euro" - tak pół żartem, pół serio nazwano grupę siedmiu krajów, które podczas posiedzenia Rady UE w ostatni piątek wezwały do znacznego obcięcia unijnego budżetu na lata 2014-20. Według propozycji Komisji Europejskiej z czerwca 2011 r. powinien on wynieść 1025 mld euro (liczony w zobowiązaniach), a jednym z największych beneficjentów ma być
Polska - ok. 80 mld.
Zdaniem szefa niemieckiej dyplomacji Guido Westerwelle propozycja budżetowa musi być zmniejszona o blisko 100 mld euro bo jak mówił wszyscy teraz oszczędzamy.
Te kwotę wymieniali też Brytyjczycy, Holendrzy, Austriacy i Szwedzi. Finowie i Francuzi nie podali konkretów, ale według nieoficjalnych informacji żądania Paryża sięgają nawet 170-190 mld euro.
Włosi przekonywali, że tak, budżet musi być dostosowany do polityki oszczędności, ale jeszcze nie wiemy, czy to powinno oznaczać jego przycięcie.
Pierwsze obrady budżetowe, które poprowadziła duńska prezydencja, rozszerzyły zatem grupę sygnatariuszy "listu pięciu" z grudnia 2010 r., w którym
Niemcy,
Francja,
Wielka Brytania, Holandia i
Finlandia zażądały, by wydatki w nowym wieloletnim budżecie UE nie przewyższały poziomu z 2013 r. (przy uwzględnieniu inflacji).
Firmowany przez unijnego komisarza ds. budżetu Janusza Lewandowskiego projekt istotnie przekracza ten próg o kilka procent, choć nie ma zgody, o ile dokładnie - to zależy od metody liczenia wydatków.
- Zaczęliśmy prawdziwe negocjacje. Nie było wielkich niespodzianek. Siedmiu płatników netto [to te państwa, które więcej wpłacają, niż otrzymują] chce obniżenia budżetu, ale 18 poparło naszą propozycję - mówił Lewandowski.
W piątek na Radzie UE po raz pierwszy oficjalnie padło pytanie, czy kraje członkowskie zgadzają się z proponowaną wielkością budżetu.
Polska prezydencja stawiała na odwrotną taktykę - najpierw debata o potrzebach UE, np. w polityce rolnej, i dopiero na tej podstawie określenie ogólnej kwoty (teoretycznie powinno to utrudnić cięcia dla uzgodnionych już programów). Ale to podejście wywoływało coraz większe zniecierpliwienie wśród głównych płatników. Prowadzonych przez Polskę debat budżetowych nie sfinalizował w grudniu 2011 r. wspólny raport Rady UE (jak pierwotnie planowano), z którym byłby kłopot w głosowaniu, lecz jedynie podsumowanie sporządzone w imieniu Polski jako kraju sprawującego prezydencję (to nie przeszkodziło nam w uznaniu go za sukces).
- Po debacie o kwotach mamy lepszy obraz tego, co negocjujemy - mówił w piątek Nicolai Wammen, duński minister ds. europejskich.
Negocjacje w sprawie wieloletniego budżetu UE muszą się zakończyć do grudnia 2012 r., jeśli ma być zachowana ciągłość finansowania unijnych projektów po 2013 r. Finalną bitwę o kwoty poprowadzi zapewne nie prezydencja cypryjska, lecz szef Rady Europejskiej Herman Van Rompuy.
Gdzie trzeba będzie ciąć? Niemcy, Holendrzy i Brytyjczycy wskazują zarówno na politykę spójności, jak i na dopłaty rolnicze, których - to żadne zaskoczenie - bronił francuski minister Jean Leonetti.
- Płatnicy chcą zmniejszać budżet, ale nie ma wśród nich zgody, jak to zrobić - komentował Lewandowski. Polska i inne kraje korzystające z funduszy z unijnej polityki spójności przekonują, że spora ich część "wraca" do płatników (zwiększa ich eksport do nowych krajów członkowskich, daje zlecenia na inwestycje). W odpowiedzi słychać jednak, że skoro kryzys każe nawet najbogatszym ograniczać inwestycje u siebie, to także inni muszą się przygotować na przykręcenie śruby.