Negocjacje w sprawie paktu fiskalnego przez blisko dwa miesiące robiły wrażenie, że Europa pracuje nad wyjściem z kryzysu. Jednak pakt stał się tylko wymówką, by nie budować unii politycznej opartej na solidarności. A to jej brak jest teraz kłopotem eurolandu.
- Niech przywódcy UE zaczną wreszcie działać, zamiast produkować kolejne papiery! - wzywa Guy Verhofstadt, były premier Belgii i szef liberałów w Parlamencie Europejskim. Pakt fiskalny, który zatwierdzono w poniedziałek na unijnym szczycie, jest wielkim rozczarowaniem dla zwolenników pogłębienia integracji Unii.
Ci, którzy wcześniej apelowali o reformy Unii Europejskiej, chcieli "umowy Europejczyków" - zgody krajów euro na więcej dyscypliny budżetowej za więcej solidarności. Dostali zaś wzmocnione rygory - i to nieznacznie wobec już zapisanych w prawie UE - połączone z gołosłowną deklaracją przywódców o pobudzaniu wzrostu gospodarczego i tworzeniu miejsc pracy.
Niestety, to nie solidarność jest teraz w Brukseli najgłośniejszym pomysłem na unię polityczną, lecz idea niemieckiego ministerstwa finansów, by w zamian za pomoc dla Aten ustanowić tam specjalnego komisarza eurolandu. Miałby on prawo wetować decyzje rządu sprzeczne z programem naprawczym UE-MFW.
Dla Greków jest to nie do przyjęcia. Dla komisarza UE Janusza Lewandowskiego to "pomysł obraźliwy". Dla europejskich federalistów - do przełknięcia w przyszłości, gdyby nie dotyczył tylko jednego kraju i nie był wyjęty spod kontroli euroinstytucji (w tym europosłów).
Pomysł "nadzorcy Greków" nie ma szans, ale pokazuje, że kryzys podsuwa rozwiązania, które zamiast jednoczyć - politycznie podminowują Unię.
Utyskiwanie na Greków, że nie nadążają z reformami i cięciami narzuconymi im przez UE-MFW, przyćmiewa pytanie, co stało się z "nowym planem Marshalla" dla Aten. Plan ten, ogłoszony w lipcu 2011 r., miał pomóc tworzyć miejsca pracy i szkolić bezrobotnych.
Ośrodek Bruegel, europejski think-tank, wylicza, że Grecji należy się ok. 15 mld euro z budżetu UE do 2015 r., ale nie zdoła ona tych pieniędzy wykorzystać bez pomocy z zewnątrz. Potrzebni są fachowcy i dofinansowanie unijnych projektów. "Grupa zadaniowa" wysłana z Brukseli w 2011 r., by pomóc w tej sprawie Atenom, nie osiągnęła nic wielkiego.
Przypadek małej Grecji, z którą nie radzi sobie potężna unia walutowa, kompromituje euroland.
Przypadek małej Grecji, z którą nie potrafi poradzić sobie potężna unia walutowa, kompromituje euroland w oczach inwestorów. Nie zmieni tego pakt fiskalny, który zamierza podpisać w marcu 25 krajów (cała UE bez Londynu i Pragi). To nie pakt, lecz dziura budżetowa Aten oraz pytanie o zwiększenie funduszy ratunkowych strefy euro - do ponad 500 mld euro - będą w najbliższych tygodniach najważniejsze. Wprawdzie już mało kto wierzy, że Grecję uda się uratować od bankructwa, ale te setki miliardów mają zatamować rozlewanie się kryzysu na resztę Europy.
To o te ogromne pieniądze trwa teraz spór taktyczny. Bogatsza Północ (
Niemcy,
Holandia,
Finlandia) widzi w swym ociąganiu się cnotę. Przecież rozłożone na długie miesiące racjonowanie obietnic pomocy finansowej zmotywowało Greków i Portugalczyków do zaciskania pasa. Dlatego Niemcy nie wykluczają większych funduszy, ale nie teraz - bo "najpierw kolejne reformy".
Ale ta gra na czas kłóci się z pomysłem, by fundusz ratunkowy był jak bazooka, która swoją siłą rażenia przekona rynki, że euroland będzie do upadłego bronił stabilności waluty. - Im większa bazooka, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że trzeba będzie jej użyć - przekonuje włoski premier Mario Monti.
"Bazookę" miałyby wzmocnić głównie gwarancje z budżetu największego płatnika UE. Trudno się więc dziwić, że to
Berlin dominuje w debatach o walce z kryzysem. Jego recepta oparta na twardych cięciach wymaga szybkiej modyfikacji. Jako tako sprawdza się w Irlandii, ale Grecji i Portugalii grozi błędne koło cięć i recesji.
Fabian Zuleeg i Janis Emmanouilidis, eksperci European Policy Centre, wezwali wczoraj do New Dealu dla Europy. Miałby on polegać na unijnych inwestycjach w krajach Południa (pod warunkiem reform) oraz tymczasowym wzięciu przez kraje euro współodpowiedzialności za część swych obligacji. Obniżyłoby to koszty obsługi długów, które tak
ciążą Włochom czy Hiszpanom.
Cięcia nie wystarczą - przekonują eksperci - bo powodem kryzysu jest nie tylko rozrzutność poprzednich rządów, ale również zapóźnienie gospodarcze Południa. A bez pieniędzy na inwestycje bardzo trudno przekwalifikowywać pracowników, reformować całe gałęzie przemysłu, promować innowacje pozwalające Europie konkurować z towarami z Azji.