Był premier, który szablą pokroił urodzinowy tort. Byli redaktorzy naczelni konkurencji, przemysłowcy i sportowcy, politycy i muzycy. Swe 25. urodziny turecki
dziennik "Zaman" ("Czas") obchodził tydzień temu z pompą - i trudno się dziwić.
Ponad 600 tys. egzemplarzy sprzedawanych codziennie w samej Turcji, regionalne wydania od Rumunii po Kazachstan i Australię - w dobie kryzysu prasy to godny uznania triumf. Co więcej, mimo konserwatywnej linii i bliskich związków z tajemniczym ruchem inspirowanym przez przebywającego na emigracji w
USA mułłę Fethullaha Gülena, "Zamanowi" udało się przyciągnąć śmietankę tureckich komentatorów od lewicy po prawicę.
Nie sposób zrozumieć dzisiejszej Turcji bez codziennej
lektury dziennika. I dlatego zapewne czytelnicy zareagowali z pewnym zdumieniem, kiedy wygłoszone na święcie gazety przemówienie premiera Erdogana "Zaman" nieledwie zignorował. Ot, zacytował jego obietnice, że złagodzi niektóre przepisy prawa godzące w swobodę słowa. Przytoczył też opowieść o tym, jakoby inspirowani przez wraże siły dziennikarze pisali artykuły, które następnie wroga partii premiera prokuratura użyła jako dowodu antykonstytucyjnej działalności ugrupowania. I tyle.
Chyba tylko z profesjonalnej skromności i niechęci do zwracania uwagi na własny jubileusz "Zaman" nie opisał dużo ciekawszych opinii zawartych w przemówieniu premiera. W dniu, w którym liczba dziennikarzy aresztowanych w Turcji przekroczyła setkę (światowy rekord), a w ogłoszonym przez Reporterów bez Granic dorocznym rankingu swobody słowa
Turcja znalazła się na 148. miejscu na 179 ocenianych krajów, Erdogan wyjaśnił, że siedzący w więzieniu "tzw. dziennikarze to w rzeczywistości mordercy policjantów i sprawcy molestowania seksualnego". Zachód tego nie rozumie, rzekł premier z ubolewaniem, bo nie spotkał się z dziennikarzami podburzającymi do zamachu stanu.
Premiera należałoby wyprowadzić z błędu. Zachód spotkał się z takimi dziennikarzami jak ci, którzy siedzą za kratkami w Turcji, tyle że istotnie nie wiedział, iż nie powinni oni pracować za swoimi biurkami w redakcji, tylko przebywać w więzieniu.
Według tureckiej ustawy antyterrorystycznej można dostać do 10 tys. dni więzienia za samo bycie zatrudnionym w gazecie skazanej za "uprawianie propagandy terrorystycznej". A gazeta może zostać za to skazana, gdy np. użyje kurdyjskiej, a nie tureckiej ortografii, i napisze o nalotach na górę Qandil w irackim Kurdystanie, a nie na górę Kandil (Kurdystan może być, bo w Iraku; użycie tego terminu w kontekście Turcji też może podpaść pod terroryzm).
Nic więc dziwnego, że więzienia pełne są dziennikarzy. A skoro tak, to nic też dziwnego, że muszą oni długo czekać na proces. I tak sześciu dziennikarzy z pisma "Yürüyü " oskarżonych o członkostwo w terrorystycznej organizacji stanęło właśnie przed sądem po 13 miesiącach aresztu. By skazać za członkostwo, nie trzeba zresztą udowodnić członkostwa. Wystarczy udowodnić, że oskarżony zrobił coś, z czego terroryści odnieśli korzyść - np. skrytykował torturowanie ich.
Ale niech nie narzekają, bo inni czekają latami. Zaś państwo, które redakcję szturmuje helikopterem i rekwiruje w niej 2 tys. książek, przynajmniej pokazuje, że traktuje pismo poważnie. Poważniej niż uczestników spisku na życie ormiańskiego dziennikarza Hranta Dinka: ich sąd z zarzutu przynależności do terrorystycznej organizacji uwolnił. I co z tego, że sędzia potem oznajmił, że nie zgadza się z własnym wyrokiem. Ważne, że dziennikarz Nedim ?ener, który spisek opisał, siedzi za to od roku.
Nie zdumiewa już to, że turecki premier zniesławia siedzących w więzieniu dziennikarzy - ofiary jego autorytarnych rządów. Nie zdumiewa nawet, że czyni to na jubileuszu wpływowej i popierającej go gazety. Ale nadal zdumiewa, że obecni tam dziennikarze - kwiat nie tylko "Zamanu", ale całej tureckiej prasy - po wysłuchaniu jego słów nie wyszli, tylko raczyli się urodzinowym tortem, wprawnie pociętym szablą przez premiera.
Właściwie to już jedynie dziwię się, że dali mu szablę, a nie nahajkę.