Unijny szczyt w sprawie paktu fiskalnego przyniósł dwie wiadomości: jedną niejasną, drugą marną. Niejasna wiadomość jest taka, że choć udało się uchronić Unię przed dramatycznym podziałem na Europę silnych państw
strefy euro i Europę słabych peryferii, to jednak sam mechanizm erozji Unii nie został powstrzymany. Nie ustał bowiem konflikt - który ujawnił się z całą mocą w kryzysie - między unijną zasadą równości i solidarności wszystkich państw, a postawą najsilniejszych. Zwłaszcza Francji (lecz nieobcą także Niemcom), że walka z kryzysem wymaga odrębnych porozumień międzyrządowych, bo same mechanizmy Unii już nie wystarczą.
Od miesięcy wielu komentatorów w Europie ostrzegało, że ratowanie euro może zatopić Unię, bo wzmagają się pokusy, by w imię skuteczności tworzyć odrębne i konkurencyjne wobec UE kluby państw. Ta groźba wciąż pełza w Europie, choć poniedziałkowy szczyt nieco ją osłabił. Jest w tym zasługa premiera Tuska, który przyczynił się do tego, by pakt fiskalny nie wywędrował całkiem z Unii.
Ale szczyt nie rozwiązał najważniejszych problemów: Co dalej z kryzysem i co dalej z Unią? Europa wisi na włosku - powtarzają komentatorzy i politycy. Nie pomagają jej absurdalne pomysły Berlina, by ustanowić w Grecji komisarza kontrolującego tamtejszy rząd. Nasilają jedynie chaos i nieufność społeczeństw wobec UE. Ta zaczerpnięta z innych czasów propozycja pokazuje przede wszystkim, że Europa nie ma pomysłów na to, jak walczyć z kryzysem, zachowując unijne reguły. Nie ma też żadnej idei przyszłości, jaką mogłaby przekonywać europejskie społeczeństwa, że cięcia i dyscyplinowanie finansów posłużą czemuś bardziej atrakcyjnemu, niż jedynie zaspokojenie żądań rynków. To jest ta marna wiadomość ze szczytu. Po raz pierwszy w swej historii Europa tak wyraźnie nie potrafi sformułować wizji przyszłości. A właśnie wspólne budowanie przyszłości stanowiło ważne spoiwo unijnych narodów. O tej odsłonie kryzysu mówi się rzadziej, lecz na zagraża ona istnieniu UE nie mniej, niż sam kryzys ekonomiczny.