Ceną polskiego w nim udziału miało być uczestnictwo Warszawy we wszystkich szczytach strefy euro. Dla Francji - i zapewne kilku innych krajów sprytnie się za nią chowających - było to nie do przyjęcia. Trudno odmówić im części racji: przecież
Polska nie należy ani do strefy euro, ani specjalnie się do niej nie pali. Wręcz przeciwnie, rząd jak może wystrzega się wyznaczania jakiejkolwiek wiążącej daty przyjęcia euro, twierdząc, że najpierw trzeba spełnić kryteria ekonomiczne.
Unia jest organizacją działającą na zasadzie kompromisów - z reguły zgniłych i niezrozumiałych dla opinii publicznej. Ulubionym słowem powtarzanym przez eurokratów jest "win-win game" - gra, w której nie ma przegranych. I na szczęście w wielu kwestiach to się udaje.
W poniedziałek w Brukseli Tusk ustąpił, ale chyba i tak dostał sporo. Polska będzie uczestniczyć w najważniejszych szczytach poświęconych i paktowi fiskalnemu, i przyszłości eurolandu. Zaś tak jak chciała
Francja 17 krajów strefy euro będzie mogło spotykać się w innych sprawach we własnym gronie, ale po szczytach całej "27".
Po raz kolejny przywódcy UE zdecydowali się na dość skomplikowane rozwiązanie instytucjonalne, by zaspokoić sprzeczne interesy narodowe swych członków.
Na pewno w interesie Polski - kraju średniego - jest utrzymanie spójności Unii i równowagi między wielkimi, średnimi oraz małymi członkami wspólnoty. Powinniśmy też być tam, gdzie pod wpływem kryzysu tworzy się nowy ustrój UE. Tym miejscem jest dziś pakt fiskalny.
Dużo ważniejsze od pytania, na ilu szczytach będziemy, jest jednak pytanie, co możemy dzięki temu osiągnąć. I dlaczego premier chce siedzieć przy stole, przy którym - przynajmniej na razie - nie będzie miał prawa głosu?
Czy wejście Polski do paktu fiskalnego to sygnał, że rządowi Tuska zależy na rozwijaniu Unii politycznej i zacieśnianiu integracji nawet jeśli ceną za to będzie zrzeczenie się kolejnej części suwerenności np. w sprawach budżetowych?
Czy znaczy to, że opowiadamy się także za prawdziwie wspólną polityką zagraniczną, imigracyjną (z dzieleniem się imigrantami z Włochami czy Grekami) czy bezpieczeństwa (z interwencjami zbrojnymi w sytuacjach takich jak to było w Libii)?
Czy w całej tej batalii rządowi nie chodziło tylko o prestiż i poczucie, że nie robi się czegoś za naszymi plecami?
Jako publicysta i obywatel chciałbym wiedzieć, czy rząd ma pomysł na miejsce Polski w Unii integrującej się ściśle wokół euro. Albo czy zamierza do krwi ostatniej bronić słabnących instytucji wspólnotowych takich jak Komisja Europejska czy europarlament, które spychane są dziś na drugi plan przez
Berlin,
Paryż czy
Londyn.
Debatę na ten temat rozpoczął jesienią 2011 r. przemówieniem w Berlinie szef MSZ Radosław Sikorski, który jasno opowiedział się za pogłębianiem integracji w ramach UE. To był jednak tylko skromny początek, a propozycje Sikorskiego nie były wcale takie rewolucyjne - większość z nich była wcześniej zgłaszana przez innych europejskich polityków.
Po ponad siedmiu latach członkostwa Polska musi zdefiniować na nowo swoje cele w Unii, bo nie jesteśmy w niej chyba tylko po to, by brać pieniądze ze wspólnej kasy i korzystać ze wspólnego rynku.