Tegoroczny festiwal filmowy w Sundance w kategorii dokumentu wygrała izraelska produkcja "The law in these parts", co można przełożyć jako "Prawo w tych częściach". Wyreżyserował go 40 letni Ra'anan Aleksandrowicz, urodzony w Jerozolimie artysta, wielokrotnie już nagradzany za inne produkcje dokumentalne.
Tym razem Aleksandrowicz zrobił film o Zachodnim Brzegu. A ściślej - o systemie prawnym tam obowiązującym od 1967 r., czyli zwycięstwa w wojnie sześciodniowej i początku izraelskiej okupacji. To wywiady z izraelskimi prawnikami w mundurach, opowieść o ich dylematach zawodowych, ale przede wszystkim moralnych, czy to, co robią w imię prawa, jest praworządne i po ludzku sprawiedliwe. Film stawia pytania nie tylko o Zachodni Brzeg, lecz przede wszystkim o
Izrael: Czy nowoczesna, liberalna demokracja nie odrzuca wartości, na których została zbudowana, okupując przez 40 lat ziemię, która do niej nie należy? Czy okupacja jest dobra dla Izraela?
Te pytania pojawia się w Izraelu od wielu lat. Stawiał je np. Itzchak Rabin, autor porozumień z
Oslo, który za niezrealizowany pokój z Palestyńczykami zapłacił życiem. I Ariel Szaron, wycofując osadników z Gazy, co - jak na razie - zaowocowało rządami religijnego, radykalnego Hamasu. Obaj byli generałami, obaj walczyli z Arabami i obaj uznali, że wojować można w nieskończoność, lecz to do niczego nie prowadzi.
W ostatnich latach Izrael odmienił się. Dzisiejsza elita polityczna nie pyta siebie tak, jak Rabin i Szaron. Izrael bez wątpienia chce pokoju, lecz nie wierzy (a kiedyś wierzył) w pokój. Wybiera do parlamentu ludzi, którym brak odwagi, by zdecydować się na śmiałe działania. Po drugiej stronie - Izrael twierdzi nie bez racji - nie ma partnera do rozmów. Tyle, że obecnie nie jest to już takie oczywiste, o czym trąbią izraelskie gazety. Choć trąbią również, że nie ma podstaw dla pokoju, nie ma klimatu, społecznej, a zwłaszcza politycznej atmosfery, wskazując na Izrael. To wyjaśnia wszystko i nic, bo w polityce nie ma bardziej mglistych pojęć niż "klimat" i "atmosfera". Ale też od "klimatu" i "atmosfery" zależy chęć, by cokolwiek odmienić.
"Prawo w tych częściach" jest filmem ważnym i przykrym dla Izraela. Rabinowicz też nie należy do bezkrytycznych apologetów swojej ojczyzny; przed laty jego i jego ekipę pobili osadnicy z Zachodniego Brzegu. Tym bardziej liczy się - uwaga, uwaga - że film powstał głównie za izraelskie pieniądze. A zanim dotarł do Ameryki wygrał największy izraelski festiwal filmowy w Jerozolimie. Pozazdrościć, że filmy krytyczne odbierają nagrody od tych, których krytykują.
Gdy zastanawiam się, co tak bardzo podoba mi się w Izraelu, myślę, że przede wszystkim ludzie. Ci, którzy umieją iść pod prąd większości (większości?, to akurat łatwo się zmienia) opinii publicznej, spierać się z aktualną polityką. Nigdy ich nie brakowało, choć niekiedy - jak dzisiaj - są mniej słyszalni. Podoba mi się również, że Izrael umie nagradzać niepokornych. To rzadka umiejętność, na Bliskim Wschodzie w zasadzie niedostępna.