W Planie Rozwoju i Konsolidacji Finansów Publicznych rząd zapowiedział, że wprowadzi kasy fiskalne dla prawników i lekarzy oraz innych zawodów, których nie wymienia. Łezka w oku się kręci. "Gazeta" od dwóch lat zwraca uwagę, że przepisy dotyczące kas są jaskrawym przykładem faworyzowania konkretnych grup podatników.
Fryzjerzy i taksówkarze muszą kasy instalować, ale prawnicy i lekarze - nie. Co pół roku minister finansów - także za rządów PiS i SLD - przedłużał specjalnym rozporządzeniem zwolnienie z kas dla tych zawodów. Dlaczego? Trudno dociec. Ministerstwo odpowiadało pokrętnie: to nic nie da, bo prawnicy będą oszukiwać, Palikot się tym zajmie w komisji "Przyjazne państwo" itp. I tak mijały miesiące. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że prawnicy mają po prostu lepsze chody w ministerstwie niż taksówkarze.
W grudniu stare rozporządzenie ministra w sprawie kas znów zostało przedłużone. Aż nagle w styczniu resort finansów doznał olśnienia. Triumfalnie wpisał zmianę na listę swoich fundamentalnych reform.
Ale pomyli się ktoś, kto uwierzył w samodzielną inwencję resortu finansów. W lipcu zeszłego roku Trybunał Konstytucyjny na wniosek rzecznika praw obywatelskich zajął się kasami fiskalnymi. - Zwolnienie nie może być arbitralną decyzją urzędnika, bo prowadzi do niczym nieuzasadnionego uprzywilejowania części podatników - mówił zastępca rzecznika Stanisław Trociuk. Sędziowie TK się z tym zgodzili. Sejm musi zmienić przepisy.
A zatem to nie rząd, lecz Trybunał jest siłą sprawczą. Ale na papierze ładniej wygląda, że to rząd się tak stara.