Gdyby Donald Tusk zechciał kandydować, zostałby prezydentem i wziąłby triumfalny rewanż na Lechu Kaczyńskim. Wybrał inaczej, co budzi szacunek. Nie było w ostatnim dwudziestoleciu polityka, który z własnej woli zrezygnowałby z pewnej prezydentury. Nie było polityka, który odrzucałby osobiste zaszczyty i atrybuty władzy w imię posiadania władzy realnej.
W tym sensie Tusk jest pierwszym od czasu Tadeusza Mazowieckiego politykiem myślącym w perspektywie dłuższej niż jedna kadencja. Politykiem, który narzuca odpowiedzialny styl myślenia o polityce i państwie. To styl będący odwrotnością miałkich politycznych kłótni i płaskich PR-owskich efektów. Styl niezrozumiały dla ludzi, dla których polityka to tylko okładanie się pięściami, dopóki przeciwnik nie padnie na deski. Jak niedorzeczne są teraz ich komentarze. Mówią: "Tusk stchórzył". "Tusk chciał przykryć komisję hazardową". Żałosne.
Wiele wskazuje na to, że prezydentem zostanie kandydat Platformy. To stwarza duże szanse na stabilność i potrzebne cywilizacyjne reformy. Ale niesie też zagrożenie, że władza spocznie na laurach.
Należy życzyć premierowi, by tak jak dziś nie zabrakło mu odwagi.
Zobacz też inne komentarze:
Milewicz: Tusk musi przetrzepać Platformę
Gadomski: Tusk gra o wyższą stawkę
Kalukin: Tusk reformatorem nie będzie