Steinbach dziś oficjalnie podała warunki, pod jakimi jest gotowa zrezygnować z wejścia do rady Widocznego Znaku - muzeum wypędzonych, które w Berlinie ma budować niemiecki rząd. Cena jest wysoka: Angela Merkel ma dać wypędzonym więcej foteli w radzie (do tej pory mają 3) i pozwolić im delegować na nie kogo tylko chcą. Dodatkowo muzeum ma stać się niezależna instytucją (według uchwalonej w 2008 r. roku ustawy podlega berlińskiemu Niemieckiemu Muzeum Historycznemu). Jeśli te warunki zostaną spełnione, Steinbach wycofa się i trwający od kilku miesięcy ostry spór chadecji z liberałami zostanie zażegnany. - To propozycja kompromisu - ogłosili działacze Związku Wypędzonych oraz związani z nimi politycy CDU i CSU.
Problem w tym, że tu nie o kompromis chodzi. Steinbach w zamian za swoje odejście żąda, by Widoczny Znak wyjęto spoza kontroli niemieckiego rządu. Dzięki temu ludzie szefowej Związku Wypędzonych mogliby beż żadnych ograniczeń wykorzystywać muzeum do szerzenia swojej wizji historii, w której wypędzeni po wojnie Niemcy byli niewinnymi ofiarami Polaków i Czechów. Stałoby się to, czego od lat obawia się Warszawa. W niemieckiej stolicy powstałby finansowany z niemieckiego budżetu ośrodek manipulowania historią. Merkel i jej rząd staliby się zakładnikami wypędzonych.
Właśnie dlatego na kompromisową propozycję Steinbach nie będzie zgody. Nie wierzę zresztą, by wypędzeni nie zdawali sobie z tego sprawy, zanim puścili swoją propozycję w eter.
O co chodzi w tej szopce z kompromisem? Czytaj na blogu
http://wielinskiberlin.blox.pl/2010/01/Steinbach-robi-szum.html