Senator przyznał, że zapłacił kobietom, które nagrały go, jak w swoim prywatnym domu paraduje w sukience i zażywa biały proszek (prokuratura chce postawić mu zarzut posiadania środków psychotropowych, używania i ułatwiania ich używania innym osobom).
Na razie Piesiewicz nie ma zarzutu, nie mówiąc już o prawomocnym wyroku. Ale i tak od czasu, jak tabloidy ogłosiły skandal obyczajowy z jego udziałem, politycznie leży na deskach.
Na pochyłe drzewo każda koza skacze. Palikot wziął sobie do serca to przysłowie. Wykorzystując zaproszenie do popularnego porannego programu, postanowił dobić Piesiewicza. Bo jego zdaniem senator szkodzi Platformie. - Gdybym nim był, to bym złożył mandat i zrezygnował z życia politycznego - zapowiedział lubelski polityk. Dodał, że jako wiceszef klubu zażąda tego od senatora.
Można domyślać się, że Palikot liczył, iż im ostrzej się wypowie, tym większa nadzieja, że trafi na paski z najważniejszymi informacjami w mediach elektronicznych. A dla politycznego celebryty to okazja nie do przecenienia.
To zaskakujące, że to Palikot stroi się w piórka pierwszego sprawiedliwego w PO. Lubelski polityk od dwóch lat nie może przekonać prokuratury ani opinii publicznej, że jego kampania nie była nielegalnie finansowana (śledztwo trwa). Co więcej, bez żenady przyznał, że nawet gdyby dał z własnej kieszeni pieniądze studentom i emerytom, którzy wpłacali na jego kampanię, to nie byłoby to przestępstwo, co najwyżej naruszenie przepisów skarbowych (niezapłacenie podatku od darowizny).
Prokuratura bada też przepływy finansowe między firmami powiązanymi z Palikotem, bo jego była żona oskarża go o wyprowadzenie części majątku za granicę.
Podobnie jak Piesiewicz, Palikot nie ma na razie żadnego zarzutu. Ale łatwo można by uznać, że prokuratorskie dochodzenia w jego sprawie szkodzą PO i na tej podstawie wykluczyć go z klubu. W sprawie Piesiewicza akurat Palikot powinien siedzieć cicho.
Źródło: Gazeta Wyborcza