Najpierw minister pracy Jolanta Fedak ogłosiła zmiany w systemie emerytalnym, uruchamiając lawinę spekulacji. Tydzień temu minister finansów Jacek Rostowski ogłosił, że rząd chce okroić naszą składkę emerytalną wysyłaną do prywatnych otwartych funduszy emerytalnych, czym wywołał burzę na rynku finansowym, ale także wśród przyszłych emerytów. Chodziłoby o to, by te pieniądze pozostały w ZUS i pomogły zmniejszyć dług publiczny. W poniedziałek szef doradców premiera Michał Boni stwierdził, że takie zmiany w systemie emerytalnym nie wejdą w życie. Potem znów odzywa się Rostowski, zapewniając, że pomysł jest wciąż aktualny.
Nie jestem zwolenniczką pomysłu Rostowskiego, ale też nie uważam, że oznacza on dramatyczne wycofanie się z reformy emerytalnej. To tylko próba zmniejszenia na papierze naszego długu publicznego.
Ale jeśli już rząd chce brać się za przestawianie klocków w reformie emerytalnej, to najpierw ministrowie powinni między sobą ustalić minimalny kompromis. Jolanta Fedak wyszła przed orkiestrę. A Rostowski poszedł za ciosem. Należało to rozegrać inaczej. Można było rozpocząć debatę o poprawkach systemu emerytalnego, a zmniejszenie składki do OFE przedstawić jako jeden z wariantów do przedyskutowania z ekspertami. Na dodatek okrasić ten przekaz zmasowaną kampanią informacyjną, że dla przyszłych emerytów ta zmiana nie jest groźna.
Tak się nie stało. A ministrowie zasiali niepewność co do losu naszych emerytalnych oszczędności.
Kilka dni po pierwszej konferencji Rostowskiego w tej sprawie usłyszałam od 30-letniej sprzedawczyni w warzywniaku: "Podobno chcą nam zabrać emerytury". Nawet nie miałam siły tłumaczyć, że nic takiego się nie stanie. Ale takie opinie powinny być dramatycznym ostrzeżeniem dla rządu.
Ludzie mogą stracić zaufanie do państwa, bo nie zawsze rozumieją, czego tak naprawdę chce ekipa Tuska. I kto ma dziś rację - Rostowski czy Boni? Rząd Tuska powinien o tym pamiętać za każdym razem, gdy będzie chciał naruszyć jakąkolwiek umowę społeczną.
Źródło: Gazeta Wyborcza