We wtorek wieczorem, gdy rozwiała się mgła gazu łzawiącego pod halą KDT, umilkły przekleństwa, modlitwy i narodowe śpiewy okupujących halę, prezydent Lech Kaczyński wyraził zaniepokojenie użyciem siły i wezwał władze miasta do rozmów z kupcami.
O czymże to władze miasta mają z kupcami rozmawiać? W zasadzie temat jest jeden. O przestrzeganiu prawa. Blaszak przy Placu Defilad zbudowany w 2001 roku, miał funkcjonować tylko trzy lata. "Rozmowy" toczą się od 2004 roku. Ostatecznie kupcy powinni byli opuścić go w styczniu 2009 roku. Władze miasta dysponowały stosownym wyrokiem sądowym.
Zamiast tego kupcy wsparci przez kiboli, przy użyciu kamieni i płyt chodnikowych usiłowali od władz wymusić odstąpienie od wykonania wyroku.
Po jakiej stronie w tym sporze prezydent chce się sytuować? Z odezwy raczej trudno wywnioskować by chciał poprzeć prezydent stolicy Hannę Gronkiewicz-Waltz. Więc może po stronie kupców?
Trudno jednak sobie wyobrazić sytuację, by prezydent stojący na straży prawa Rzeczpopolitej, miał do nieprzestrzegania prawa nawoływać.
Lech Kaczyński stwierdził w apelu, że wie jak trudno być prezydentem Warszawy. Ale gdy był prezydentem stolicy, też usiłował wyrzucić kupców z kompromtujących stolicę bazarów: Stadionu Dziesięciolecia oraz z KDT. Zabrakło mu odwagi i determinacji. Przedłużył działanie targowisk dając handlującym jasny sygnał. Jeśli kupcy polityków, zastraszą to oni ustępują.
Z punktu widzenia byłego prezydenta Warszawy przyzwoitość nakazywała by siedzieć cicho. Innym sensownym gestem Lecha Kaczyńskiego wobec następczyni byłoby pogratulowanie Hannie Gronkiewicz-Waltz odwagi.
Bo obecna prezydent Warszawy stanęła po stronie prawa lepiej i skuteczniej niż politycy Prawa i Sprawiedliwości.