Kobiety z Kongresu Kobiet Polskich będą namawiać polityków do wprowadzenia parytetu na listach wyborczych do Sejmu, PE i samorządów. Po to, żeby w polityce było więcej kobiet. Przez 20 lat polskiej demokracji liczba kobiet w parlamencie wzrosła zaledwie o 10 pkt proc.!
I choć polskie społeczeństwo składa się w połowie z mężczyzn i kobiet, to w Sejmie mamy dziś tylko 20 proc. kobiet. A w Senacie zaledwie 8 proc! We władzach partii jest jeszcze gorzej.
Jednak gdy pojawia się propozycja parytetu, zaraz słychać, że byłoby to upokarzanie kobiet, bo powinny mieć miejsce na listach nie z powodu płci, lecz kompetencji. I - o dziwo - powtarzają to same kobiety!
Kobiety są często lepiej wykształcone od mężczyzn. Tyle że trudniej im to udowodnić, bo rzadko obejmują ważne stanowiska. W rządzie Donalda Tuska jest tylko pięć kobiet ministrów! A to i tak jeden z bardziej sfeminizowanych gabinetów.
Na listy wyborcze dostaje się mało kobiet, zajmują też na ogół gorsze miejsca, więc partie nie kreują liderek. I kółko się zamyka.
Gdyby politycy zaczęli traktować poważnie kobiety w swoich partiach, nie musieliby jak Tusk w ostatnich wyborach do PE, obsadzać pierwszych miejsc na listach kobietami spoza PO (Danuta Hübner w Warszawie, Róża Thun w Krakowie, Lena Kolarska-Bobińska w Lublinie). Nawet sprawdzona liderka Platformy z Podkarpacia Elżbieta Łukacijewska przegrała bój o jedynkę z Marianem Krzaklewskim. Ale zdeklasowała Krzaklewskiego i z drugiego miejsca weszła do PE (brawo!).
Panowie, zostawcie bzdurne argumenty o upokarzaniu kobiet i oddajcie im połowę miejsc na listach. W wielu krajach parytet się sprawdził. To byłby lepszy dowód szacunku do kobiet niż całowanie w rękę i przepuszczanie w drzwiach.
Źródło: Gazeta Wyborcza