Pełnomocnik rządu ds. równego traktowania Elżbieta Radziszewska zaprosiła wczoraj do siebie dziennikarzy i przedstawicielki organizacji kobiecej Feminoteka. To miała być odpowiedź na zarzuty działaczek wobec Radziszewskiej, że nic nie robi w sprawach kobiet.
Spodziewałam się, że przedstawi bilans swoich rocznych dokonań i zapyta kobiety, co może dla nich zrobić.
Zamiast tego pani pełnomocnik przez godzinę pouczała działaczki, że nie jest od dyskryminacji kobiet, tylko od dyskryminacji "w ogóle". Pocieszała, że w sprawach kobiet "nie jesteśmy krajem Trzeciego Świata". I radziła wielkodusznie: "Róbcie panie jak najwięcej dla kobiet".
Gdy działaczki dopominały się o pomoc, odesłała je do Ministerstwa Pracy, bo tam jest departament ds. kobiet. Dlaczego nie zajęła się sprawą 14-letniej Agaty, której odmówiono aborcji, choć miała do niej prawo? Bo to kompetencje ministra zdrowia.
Problem w tym, że pani minister wchodzi w kompetencje kolegów, choćby zajmując się wykluczeniem dzieci przewlekle chorych (resort zdrowia) i dzieci romskich (MSWiA). Ale tylko wtedy, gdy jest jej wygodnie, a sprawy nie są kontrowersyjne.
Radziszewska przekonywała wczoraj, że jest od "monitorowania" dyskryminacji i "koordynowania" polityki rządu. Co innego mówi rozporządzenie powołujące jej urząd: "Do pełnomocnika należy przeciwdziałanie dyskryminacji, w szczególności ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne, narodowość etc.".
Skoro premier wpisał przeciwdziałanie dyskryminacji kobiet w kompetencje pełnomocnika, to znaczy, że jego zdaniem ona w Polsce istnieje. I pani Radziszewska sytuację kobiet ma poprawiać.
A jeśli tego nie rozumie, to powinna wylądować na dywaniku u premiera.