W tej sytuacji wszelkie wyjaśnienia i kwestionowanie wersji wydarzeń przedstawianej przez Barbarę Kalabińską są nie na miejscu. I jeśli to robię, to tylko dlatego, że przywołanie śmierci Jacka Kalabińskiego w kontekście sprawy Leszka Maleszki jest tak przerażające, że zmusza do odpowiedzi.
Wyjaśniam więc, że jeszcze zanim Jacek Kalabiński zachorował, nakłanialiśmy Go do pracy w Gazecie w Polsce i rozmawialiśmy z nim o różnych możliwych wariantach takiej pracy. Kierowałem wtedy działem zagranicznym "Gazety", w którym pracował Jacek. Powiedzieliśmy Mu, że - tak jak robią to wszystkie media - po kilku latach chcemy wymienić korespondenta w Waszyngtonie, nawet jeśli nie zechce pracować w Gazecie w Polsce.
Potem Jacek zachorował. Przerwaliśmy oczywiście te rozmowy. Staraliśmy się Go wspierać. Proponowaliśmy wszelką pomoc w leczeniu w kraju u najlepszych specjalistów.
Po wyjściu ze szpitala Jacek powiedział nam, że czuje się już dobrze, chce zostać w Waszyngtonie i nie chce rozmawiać o pracy w Polsce. Przerwaliśmy więc współpracę.
Bardzo źle się stało. Żałujemy.
PS Nikt nie prowadził z Jackiem dziwnej rozmowy o kapitalistach i demokratach, którą opisuje Barbara Kalabińska. Helena Łuczywo kolejny raz prosiła Jacka Kalabińskiego o przyjazd do Polski i wyjaśniała mu motywy decyzji o zmianie korespondenta w USA.