Pomoc dla krajów Trzeciego Świata nie ma sensu. Miliardy dolarów, które Zachód przeznaczył dla Afryki i Azji, rozkradły reżimy. Gwiazdy, które nawołują do niesienia pomocy najuboższym, takie jak lider zespołu U2 Bono, dbają przede wszystkim o sławę, a Afryka biednieje!
Te wszystkie odkrywcze myśli publicysta Dariusz Rosiak zawarł w sobotnim wydaniu "Rzeczpospolitej".
Szkoda, że nie sięgnął do danych ONZ. Wynika z nich, że od 1990 r. w Afryce Subsaharyjskiej odsetek osób żyjących za mniej niż dolar dziennie spadł z 46,8 proc. do 41 proc. To niewystarczający postęp, ale postęp. Odsetek dzieci w wieku szkolnym, które chodzą do podstawówki, wzrósł w tym czasie z 54 do 70 proc. Nie wszędzie i nie szybko - lecz powoli poprawia się standard życia.
Więcej dzieci w szkołach i czystsza woda to nie tylko zasługa lokalnych rządów. To też efekty pomocy zagranicznej - edukacji, kopania studni, budowy szpitali. Tak wspierają rozwój nie tylko organizacje z Wielkiej Brytanii czy USA, ale także np. Polska Akcja Humanitarna w Afganistanie czy polscy misjonarze w Angoli.
Jednak zdaniem Rosiaka do rozwoju państw biednych darowizny zagranicy się nie przyczyniają. "Pomoc międzynarodowa nie tylko nie pomaga, ale jest największą przeszkodą w zmianie położenia ludzi ubogich na świecie i jedynym sensownym wyjściem jest jej całkowite zaprzestanie" - cytuje Rosiak krytyków pomocy.
Rusudan Szomachia, szwaczka z maleńkiego miasteczka Samtredia w Gruzji, z którą rozmawiałem trzy lata temu, ma na ten temat inne zdanie. Mogłaby opowiedzieć, jak 250 dol., które dostała z ONZ, wyciągnęło ją ze skrajnej nędzy. Rusudan uciekła z Abchazji, nie miała pracy 12 lat. Kiedy dostała grant z ONZ, kupiła maszyny do szycia dla siebie i koleżanek. Dziś dzięki nim zarabia, może normalnie żyć.
Gdyby organizacje pomocowe nie rozdawały moskitier, więcej niż dwoje dzieci na minutę umierałoby w Afryce na malarię. Gdyby akcji nie wspierały gwiazdy, trudniej byłoby przekonywać ludzi, że powinni dzielić się tym, co mają.
Polski oddział UNICEF zaangażował do kampanii aktorkę Małgorzatę Foremniak i odniósł spektakularny sukces. Zebrał 2,69 mln zł na szczepionki przeciw odrze w Sierra Leone! Ludzie z ONZ, których tak piętnuje publicysta "Rzeczpospolitej", tym razem byli zaskakująco mało pazerni. Koszty kampanii sięgnęły tylko 75 tys. zł, czyli 2,8 proc. zbiórki. Reszta trafiła do dzieci w Sierra Leone.
To prawda, że ONZ jest organizacją o wielkiej inercji i marnotrawi część pieniędzy. Prawda, że część pomocy zagranicznej jest rozkradana. Ale z tego powodu nie możemy uciąć pomocy - musimy jej tylko mądrze udzielać. Nasza w tym głowa, by pieniądze nie trafiły do kieszeni reżimów. Żebyśmy wydawali pieniądze na poprawę losu biednych, a nie zaspokajali swoje sumienie.
- To trudne - mówi Janina Ochojska w wywiadzie dla "Gazety". - Można mieć wątpliwości, czy wspierając tych ludzi [w Birmie], nie będziemy wspierać reżimu. W PAH uważamy jednak, że naszym obowiązkiem jest pomaganie właśnie tam, gdzie jest najtrudniej. Bez pomocy zewnętrznej ci ludzie są skazani na cierpienia i śmierć. W czasach stanu wojennego Polska też oficjalnie pomocy nie chciała i utrudniała jej dotarcie. Na Zachodzie byli ludzie, którzy mieli ogromną determinację. Robili wszystko, żeby dotrzeć do nas. Pamiętając o tej pomocy, nie mogę w ten sam sposób nie myśleć o Birmie i o konieczności naszej determinacji.
Polska w Unii Europejskiej jest bogatym krajem. A dla 1,2 mld ludzi, którzy żyją za mniej niż dolar dziennie, jest rajem na ziemi. Nad Wisłą debata o tym, jak pomagać, dopiero się zaczyna. Polska potrzebuje ustawy, która usprawni naszą pomoc. Nie potrzebuje jałowego narzekania, że pomoc jest bez sensu. Nie jest - wszyscy, którzy widzieli z bliska nędzę Trzeciego Świata, powinni wiedzieć dlaczego.