Poznaje się człowieka po jego przyjaźniach. Pierwszy raz zobaczyłem przyszłego arcybiskupa Życińskiego u ks. Bronisława Bozowskiego w sytuacji, która świadczyła o ich wielkiej zażyłości. Trzeba wiedzieć, że Bronek był postacią absolutnie niebywałą. Nie znam księdza, który tak uwielbiał się wygłupiać, a zarazem uważał za swoje jedyne zadanie życiowe przyciągać ludzi do Kościoła.
Inni przyjaciele Życińskiego: Jan Twardowski, Józef Tischner, Michał Czajkowski... Same osobliwości. Wszyscy przy tym właśnie obdarzeni obficie charyzmatem humoru.
Metropolita lubelski miał go całkiem sporo. Lubił dowcipy własne, a jeden z najsławniejszych świadczy też o innej właściwości autora. Tłumaczył mianowicie, dlaczego nie może nazywać prawosławnego arcybiskupa Abla swoim bratem: bo jednak chyba Kainem nie jest... Kalambur jak kalambur, ale arcybiskup rzymskokatolicki lubelski naprawdę czuł łączność duchową ze swoim "schizmatyckim" odpowiednikiem. Wystarczy powiedzieć, że jako chyba jedyny z polskich katolickich hierarchów napisał wspólnie ze swoim "innowierczym" bratem list pasterski.
Otwierał się nie tylko na innych chrześcijan, choć to w naszym kraju też wciąż trochę cymes. O jego "filosemityzmie" niech świadczy z kolei przezwisko "Żydziński", w pełni zasłużone. Tekstami, które pisał, imprezami, które inicjował.
Lubił też dowcipy na swój temat. Upowszechniła się taka czyjaś złośliwość. Otwieram
radio: Życiński. Otwieram telewizor: Życiński. Otwieram "Tygodnik Powszechny" - to samo. Inną gazetę - jak wyżej. Zaglądam jednak do tabernakulum - nie ma Życińskiego... Ktoś z wydawców wydrukował ten dowcip, po czym musiał poprosić Temat o wstęp do jakiejś książki. Zaczyna od pokornych przeprosin, ale Życiński odmawia: - Nie mam czasu, bo siedzę w tabernakulum.
Świadczy to o wspomnianym charyzmacie, ale też o samokrytycyzmie, zwanym w naszym Kościele pokorą. Gdy jeszcze nie znałem go od tej lepszej strony, drażniły mnie różne jego cechy, też niejaka obsesja tematyczna. Na jakimś spotkaniu w KAI kolejny raz przygadał Michnikowi za jego zdaniem zbyt upartą obronę Sartre'a. Nie wytrzymałem i zapytałem, co się tak przyczepił do tej sprawy. Odpowiedział mi, że spowiadał się z tej skłonności.
Miał swoisty styl pisarski, łatwo rozpoznawalny. Parodiowałem go w myślach mniej więcej tak: "Idę ulicą Dziesiątą Nowego Jorku i myślę sobie o Matce Boskiej...". Pewnie była to jakaś maniera, ale wolę takową niż nabożne wezwania do "ubogacania się" duchowego.
Do Radia Maryja i jemu podobnej mentalności było mu bardzo, bardzo daleko. Skrajnie prawicowe wredne dyrdymały wciąż odzywające się w naszym narodzie denerwowały go potężnie, czemu dawał dowód słowem i czynem. Gdy trzeba było odnowić lubelską katedrę, korzystał ze wsparcia rotarian, mimo że niektórzy dostojnicy kościelni mają ich za wstrętnych masonów. A z pieniędzy od ofiarodawców rozliczał się zawsze publicznie i sumiennie.
Drażnił go też konserwatyzm innego rodzaju. Kwestionowanie teorii ewolucji zwalczał usilnie a uczenie: znał się też na tym nieźle.
Lewica? Był uodporniony na szaleństwa od tej strony. Myślę jednak, że przeszedł w tej dziedzinie pewną ewolucję. Z czasem lepiej rozumiał życiorysy Polaków, którym przez pewien czas wydawało się, że zbawieniem ludzkości jest komunizm, a potem, że jest reformowalny. A stało się to, zanim jego samego oskarżono o uleganie nieludzkiej władzy
SB. Bo też teczki mają to do siebie, że można w nich znaleźć wszystko, co się chce.
Dopiero po jego śmierci dowiedziałem się o jego nadzwyczajnej dobroci, o tym, ilu ludziom pomagał. Błyskotliwi intelektualiści bywają czasem ponad problemami zwyczajnych zjadaczy chleba, on błyszczał również prostą miłością bliźniego.
Był poza wszystkim bardzo pracowity. Bóg dał dziecku zwykłego kolejarza ogromne zdolności i żadnego talentu nie zmarnowało.