Od października, kiedy wybuchł skandal hazardowy, notowania rządu spadły o 7 pkt proc.
Dla Gazety: Dr Jacek Kucharczyk, socjolog, szef Instytutu Spraw Publicznych Zrównanie się przeciwników i zwolenników to poważny sygnał ostrzegawczy dla rządu. Do tej pory spadki notowań gabinetu Tuska były równoważone wzrostami w kolejnych badaniach. To, co Platforma straciła w jednym miesiącu, odzyskiwała w drugim. Tym razem wydaje się jednak, że działania rządu mające pokazać, iż sprawa hazardu go nie dotyczy, nie do końca przekonały opinię publiczną.
Nie wiemy, w jakim stopniu na ocenę wyborców wpłynęły takie wydarzenia jak propozycja zmian konstytucji - by nie obywatele, ale Sejm i Senat wybierały prezydenta - czy też oceny poczynań posłów PO w komisji śledczej, od których sam premier się odciął. Co prawda media i opozycja oburzyły się wyrzuceniem z komisji posłów
PiS Beaty Kempy i Zbigniewa Wassermanna, ale na zwolennikach PO nie robi to dużego wrażenia.
Myślę, że większy wpływ na spadek notowań rządu wywarły sprawy gospodarcze - informacje, że jest kiepsko z finansami publicznymi. Ludzie dowiadują się też, że będą mieli bardzo niskie emerytury.
Rząd ma większy problem niż sam
Donald Tusk, który prowadzi w sondażach prezydenckich. Opinia publiczna podzieliła się na segmenty - inne notowania ma premier, inne PO, inne sam rząd. Nie sądzę, żeby tego niekorzystnego trendu rząd nie zdołał odwrócić, ale wymaga to nowych pomysłów. Premier musi pomyśleć o innej taktyce niż tylko "damage control" - czyli kontrola strat, jakie może rządowi przynieść sprawa hazardowa.