http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kryzys w zdrowiu

Iwona Hajnosz, Renata Grochal
2009-08-10, ostatnia aktualizacja 2009-08-09 20:27

Ponad miliard złotych zabrakło Narodowemu Funduszowi Zdrowia do domknięcia budżetu. Mniej pieniędzy wpływa od ubezpieczonych, a wydatki wzrosły. Prezes NFZ sięgnął po żelazne rezerwy i namawia rząd do podniesienia składki zdrowotnej

Pacjent w krakowskiej przychodni specjalistycznej
Fot.Stanisław Rozpędzik / AG
Pacjent w krakowskiej przychodni specjalistycznej
Finansowi eksperci rządu robią właśnie przymiarki do przyszłorocznego budżetu. Przeglądają wydatki ministerstw i rządowych agencji. Tak natknęli się na nieplanowany wydatek w NFZ - 700 mln zł na refundację leków. O tyle więcej trzeba będzie wydać do końca roku na dopłaty do medykamentów kupowanych na recepty.

To wynik zmian na listach refundacyjnych przygotowywanych przez minister zdrowia Ewę Kopacz - przybywało nowoczesnych, ale też drogich leków. Pacjent płaci za nie więcej niż za stare leki, ale też więcej dopłaca budżet.

Nowa lista leków refundowanych miała wejść wiosną. Nie ma jej do dziś. Według naszego rozmówcy z rządu decyzja o nowelizacji listy została wstrzymana ze względu na brak pieniędzy. - Gdybyśmy sobie ją zafundowali, byłby dramat - mówi informator "Gazety".

Ale drogie leki to dopiero początek problemów w NFZ.

Gdy zimą z powodu kryzysu premier kazał szukać oszczędności w resortach, minister zdrowia Ewa Kopacz znalazła około 340 mln zł. Aż jedną trzecią oszczędziła na przeszczepach, za które dotychczas płaciło ministerstwo. Koszty operacji po prostu przerzuciła na Fundusz. To kolejny wydatek ponad plan NFZ. Do tego większy niż się wstępnie wydawało. Minister kupowała zabiegi taniej, bo może negocjować inną cenę z każdym szpitalem. NFZ musi płacić za tę samą procedurę jednakowo w całej Polsce. W efekcie za taką samą liczbę przeszczepów NFZ zapłaci 123 mln zł, czyli o 20 mln zł więcej niż zapłaciłby resort.

Dodatkowe wydatki pociągnęły też decyzje o leczeniu rzadkich chorób genetycznych - 50 mln zł - i hemofilii - ok. 100 mln zł. (O program profilaktyczny, który uchroniłby dzieci z hemofilią przed kalectwem, apelowała "Gazeta").

Fundusz ma też dłużnika, od którego trudno wyegzekwować należność - budżet państwa. Za opiekę medyczną nad nieubezpieczonymi dziećmi, kobietami w ciąży, osobami uzależnionymi Ministerstwo Zdrowia zalega 105 mln zł (40 mln za 2008 rok i 65 za sześć miesięcy tego roku). Czy i kiedy zapłaci? Resort dał wymijającą odpowiedź: "Przygotowana została umowa dotycząca szczegółów przekazywania tych środków. Umowa ta w najbliższym czasie zostanie podpisana i wejdzie w życie".

Jak dziś otoczenie premiera ocenia decyzje Kopacz o dociążeniu NFZ? - W pierwszym kwartale sytuacja gospodarcza wyglądała lepiej. Można było przesuwać procedury, bo rosły wynagrodzenia i odpis składkowy z podatków. Wydawało się to bezpieczne.

Dziś już wiadomo, że przychody ze składki zdrowotnej z powodu kryzysu są w pierwszym półroczu niższe o 600 mln zł. Mniej pieniędzy i większe wydatki spowodowały, że NFZ ruszył swoją żelazna rezerwę. Ta rezerwa to prawie 4 mld zł, które miały podratować Fundusz w kolejnych też nietłustych latach. - 4 sierpnia podpisałem zarządzenie, na mocy którego ponad 1,1 mld zł pochodzące z zysku za 2008 r. przeznaczyliśmy na pokrycie m.in. kosztów zwiększonej refundacji leków, lecznictwa szpitalnego oraz podstawowej opieki zdrowotnej - mówi Jacek Paszkiewicz, prezes NFZ.

- W rezerwach leży więc jeszcze około 2,5 mld zł - optymistycznie podsumowuje osoba z otoczenia premiera Tuska. Ale te pieniądze są już podzielone. Paszkiewicz: - Szacujemy, że w przyszłym roku do naszego budżetu trafi o 2 mld zł mniej niż w tym. Na pokrycie tego braku zamierzam wziąć pieniądze z owej rezerwy. W 2011 r. przychody Funduszu też będą niższe i żeby to zrównoważyć, wykorzystamy ostatnie pieniądze z tej puli.

Nie do ruszenia jest tylko 500 mln zł rezerwy ogólnej. To pieniądze na czarną godzinę, np. na pandemię grypy.

Zdaniem prezesa Paszkiewicza najważniejszym zadaniem Funduszu na najbliższe dwa lata jest utrzymanie poziomu finansowania zdrowia na poziomie tego roku. - Nie będzie wzrostu kontraktów - ostrzega dyrektorów szpitali. To znaczy, że Fundusz - w przeciwieństwie do poprzednich lat - nie zapłaci za zabiegi wykonane ponad kontrakt, jaki ma ze szpitalem. Dyrektorzy pilnują więc lekarzy, by nie przekraczali limitów. Niedawno pisaliśmy o bydgoskiej klinice, w której szef obcina ordynatorom pensje za nadwykonania.

- Nie jesteśmy też w stanie sprostać oczekiwaniom środowisk medycznych, które liczą na wyższe zarobki. Spodziewamy się niepokojów społecznych, strajków i protestów - prognozuje Paszkiewicz.

Zaproponował wzrost składki zdrowotnej od 2011 r. (dziś to 9 proc. naszej pensji, z tego 7,75 proc. odliczamy sobie od podatku). Najpierw minister Kopacz się nie zgodziła. Dziś resort zdrowia przyznaje:"W odniesieniu do tej kwestii należy stwierdzić, że dane są ostrzegające".

A od współpracowników premiera usłyszeliśmy: - Niewykluczone, że od 2011 r. będziemy musieli podnieść składkę zdrowotną.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 16 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':