Rozmowa z
Joanną Kluzik-Rostkowską*
Katarzyna Pawłowska-Salińska, Aleksandra Pezda: Z opublikowanego wczoraj w "Gazecie" raportu wynika, że absolwenci studiów zarabiają nawet o połowę więcej od swoich koleżanek. Joanna Kluzik-Rostkowska: Problem dotyczy wszystkich kobiet. Mają słabszą pozycję na rynku pracy, bo pracodawcy postrzegają je jako potencjalne matki.
Z tej perspektywy zatrudniona kobieta jest mniej atrakcyjna niż mężczyzna. Bo z powodu obowiązków rodzinnych nie będzie brała nadgodzin, pójdzie na urlop macierzyński albo zwolnienie z powodu choroby dziecka itd.
Z drugiej strony kobiety wiedzą o tym podejściu pracodawców. Wydaje im się, że mają mniej atutów w ręku niż mężczyźni i godzą na gorsze warunki finansowe.
Jak to zmienić? - Prowadzić politykę rodzinną, która ułatwi godzenie obowiązków zawodowych z rodzinnymi. Rolą państwa jest tworzenie takich mechanizmów, żeby nie obciążać przedsiębiorców kosztami rodzicielstwa pracowników. Chodzi o to, żeby dla pracodawcy płeć pracownika stała się czymś neutralnym.
To chyba niemożliwe? - Jak to nie? Częściowo już to się udało. W uchwalonej ostatnio ustawie prorodzinnej - chociaż wprowadzonej przez rząd PO-
PSL, to napisanej jeszcze za kadencji
PiS. Jest w niej mnóstwo zachęt dla pracodawców, by zatrudniali młodych rodziców.
Np. szef, który przyjmie matkę czy ojca po urlopie wychowawczym, jest przez trzy lata zwolniony z płacenia składek na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. To dla niego kilka procent oszczędności na każdej takiej pensji. Może też finansować z zakładowego funduszu świadczeń socjalnych żłobki i przedszkola.
Jest też urlop macierzyński podzielony na dwie części - 14 tygodni musi wziąć matka, ale następną może wykorzystać ojciec. Tata może też pójść na urlop wychowawczy. To też zmieni podejście pracodawcy do kobiet w roli matek.
Ale skoro ojciec zarabia o połowę więcej niż matka, to jego "tacierzyństwo" rodzinie się i tak nie będzie opłacało. - Oczywiście. Ale i tak jestem zdania, że zachęty dla pracodawców, możliwość zatrudniania rodziców na część etatu, zakładania żłobków i przedszkoli zakładowych - to jednak znak, że poprawia się klimat wokół rodzicielstwa. I to pomoże w końcu kobietom.
W ciągu ostatnich lat wszystkie partie zrozumiały, że aby rozwiązać problem demograficzny, trzeba wytworzyć przyjazną atmosferę dla rodziców. Już dziś pracodawca, który zwalnia matkę małego dziecka, musi się liczyć z tym, że zostanie napiętnowany.
Niedawno znana firma komputerowa zwolniła taką kobietę. Nagłośniły to media i firma przyjęła ją z powrotem. Jeszcze dwa czy trzy lata temu taki incydent przeszedłby bez echa.
Teraz, w czasie kryzysu, wiele osób zaczyna zarabiać mniej. Kobiety będą miały jeszcze gorzej? - Niestety tak. Pamiętam, jak w 2005 r. w Polsce szalało
bezrobocie - 40 proc. absolwentów studiów nie miało szans na znalezienie pracy. A rok później, gdy się zaczęło poprawiać, skorzystali z tego... tylko mężczyźni: w 2005 r. wśród bezrobotnych absolwentów kobiety stanowiły 53 proc., a w 2006 - 56 proc.
Teraz może być podobnie. Absolwentom będzie trudniej znaleźć zatrudnienie i znów będzie się na kobiety patrzeć podejrzliwie, jako na te, które zaraz urodzą
dzieci i odejdą na zwolnienie. A przecież kobiety chcą pracować.
A może pomogłyby odgórne nakazy zrównania płac? - Nie. Pracodawca i tak znalazłby wyjście, żeby je obejść. Pomogą tylko rozsądne rozwiązania prorodzinne. I kampanie uświadamiające. Mamy na to przecież mnóstwo pieniędzy z funduszy unijnych.
Marzy mi się w Polsce taka kampania jak kiedyś w Szwecji - popularny siłacz występował w spotach z dzieckiem na ręku i namawiał do urlopów tacierzyńskich. Gdyby do takiej akcji namówić naszego Pudziana, może by poskutkowało.
Ale i tak zmiana świadomości społecznej, przełamanie stereotypów to kwestia dziesięcioleci. My mamy za sobą dopiero kilka lat walki o to. Sporo przed nami.
*Joanna Kluzik-Rostkowska (PiS) - wiceprzewodnicząca sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny, w rządzie PiS pełnomocnik ds. równego statusu kobiet i mężczyzn oraz minister pracy