Festiwal odbędzie się między 24 a 29 maja, choć już teraz słychać głosy, że może to być wyłącznie jednorazowy eksperyment. - Nic mi o tym nie wiadomo - komentuje Leszek Kopeć, dyrektor festiwalu.
Zwolennicy majowej daty, do których należy m.in. szefowa PISF Agnieszka Odorowicz oraz minister kultury
Bogdan Zdrojewski, argumentują: wrzesień był fatalny, bo odbywają się wtedy festiwale w Wenecji, Toronto i San Sebastian, a od maja będzie więcej czasu, by starać się o pokazy na zagranicznych festiwalach i by wybrać naszego kandydata do Oscara. Polskie filmy bez problemu trafią na letnie festiwale w Polsce (do tej pory ich premierę trzymano często na Gdynię) i nie będzie już kończenia filmów w pośpiechu tuż po lecie, kiedy kręci się większość zdjęć. No a przede wszystkim Gdynia odbywać się będzie zaraz po Cannes - canneńscy goście od razu po festiwalu będą więc mogli przyjechać na parę dni do Polski.
Ale to jednak myślenie magiczne - co podkreślają szefowie innych polskich festiwali, ale też reżyserzy, m.in. Wojciech Marczewski. Bo po Cannes producenci, dystrybutorzy, sprzedawcy praw i selekcjonerzy pracują najintensywniej - negocjują warunki, dopinają umowy, planują daty premier. Trudno liczyć też na masową obecność krytyków wymęczonych canneńskim maratonem. Na razie chęć przyjazdu do Gdyni zadeklarowało ok. 90 osób z zagranicy (przedstawiciele festiwali i stacji telewizyjnych, dyrektorzy instytutów, festiwali polonijnych oraz krytycy). - Zainteresowanie jest nie mniejsze niż w latach ubiegłych - mówi szef festiwalu (zwykle przyjeżdżało ok. 90-110 gości z zagranicy). Ale przecież miało być większe.
Jak miał się zmienić festiwal w Gdyni? - Dowiemy się wtedy, kiedy znany będzie nowy dyrektor artystyczny i przedstawi własną koncepcję zmian - mówiła "Gazecie" kilka miesięcy temu dyr. Odorowicz. Ale nie ma ani nowego dyrektora, ani koncepcji zmian. Bo szef artystyczny będzie wciąż ten sam - Mirosław Bork. Odmówili m.in. prof. Marek Hendrykowski i Wojciech Marczewski.
Gdynia potrzebuje swojego Romana Gutka, Stefana Laudyna czy Artura Liebharta - kogoś, kto nada corocznemu przeglądowi polskich filmów (Gdynia tym przecież jest i tym będzie) nową rangę - i poboczne imprezy towarzyszące (jak tegoroczne warsztaty filmowców z Polski, Norwegii i Islandii) zmieni w autentyczne wydarzenie.
Swoją drogą to właśnie Artur Liebhart miał przyczynić się do odświeżenia tegorocznej Gdyni. Jako powołany rok temu szef fundacji Film Polski przygotował szeroko zakrojony projekt portalu internetowego, który miał być jednocześnie bazą wiedzy o polskim kinie (dzięki wsparciu łódzkiego serwisu filmpolski.pl) i bazą polskich filmów (Liebhart zdobył prawa do umieszczenia w serwisie tysiąca tytułów).
"Uważam, że najważniejszym celem festiwalu w Gdyni jest promocja nowych polskich filmów" - mówiła "Gazecie" szefowa PISF. I taką rolę miał spełniać nowy portal, którego premierę zapowiadano na majowy festiwal - ważną częścią serwisu była bowiem m.in. sekcja anglojęzyczna, w której zebrane byłyby najważniejsze informacje dla zagranicznych selekcjonerów, producentów, dystrybutorów i dziennikarzy (co nowego dzieje się w polskim kinie, co powstaje i co powstało), wsparcie drobiazgową bazą z kontaktami.
Premiery serwisu w Gdyni jednak nie będzie - Liebhart został zwolniony z funkcji szefa fundacji Film Polski, a razem z nim upadł wspierany przez PISF projekt. - Ambicje były wielkie, ale energii starczyło tylko na chwilę. Żałuję - mówi "Gazecie" Liebhart.
Jeśli czymś tegoroczny festiwal może zaskoczyć, to finałową galą, która odbędzie się prawdopodobnie nie w - coraz bardziej ciasnym - Teatrze Muzycznym w Gdyni, ale w gigantycznym namiocie rozstawionym na plaży. Jak mówi Leszek Kopeć, koszty budowy namiotu pokrywa wspólnie z organizatorami strona norweska (jeden z ważnych partnerów tegorocznego festiwalu) - przygotowana zostanie duża scena, a na widowni zmieści się od 1300 do 1500 osób: właśnie w tym namiocie odbędzie się również koncert Jana Garbarka. Galę wyprodukuje nie
TVP, ale - podobnie jak w roku ubiegłym - firma Krzysztofa Materny.
Coraz bardziej festiwal zbliżać się też będzie do Sopotu, ale ostatecznej przeprowadzki w planach na razie nie ma. W Gdyni brakuje dobrej bazy hotelowej, ale w Sopocie brakuje z kolei odpowiednio wyposażonych kin. W tym roku projekcje odbywać się więc będą tradycyjnie w gdyńskim Teatrze Muzycznym i Multikinie, za to część gości zamieszka w Sopocie, gdzie w hotelu Sheraton planowana jest m.in. dyskusja polskich pisarzy z filmowcami, która ma stać się przyczynkiem do szerszej niż dotąd współpracy środowiska filmowego z literackim.
A filmy? Do poniedziałku zgłoszono dwanaście tytułów (termin zgłaszania mija dzisiaj), ale co najmniej dziesięciu kolejnych Leszek Kopeć spodziewa się w ciągu najbliższych dni. Mniejsza niż rok temu liczba spowodowana jest m.in. zmianą daty - wielu reżyserów nie zdąży swoich filmów na Gdynię skończyć.
Niektórzy młodzi reżyserzy przyznają zresztą nieoficjalnie, że świadomie spieszyć się na Gdynię nie chcą - werdykty festiwalu bywają niezrozumiałe, a najbardziej ryzykowne, odważne tytuły bywają tu często pomijane. Stąd strategia producentów, którzy wolą pokazywać swoje filmy najpierw za granicą, a do Gdyni przyjechać z nimi za rok.
Jak dowiaduje się "Gazeta", o werdyktach zadecyduje w tym roku jury, na którego czele stanie reżyser Andrzej Barański (m.in. "Dwa księżyce", "Parę osób, mały czas").