http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Raporty >  Kondycja kina polskiego >  Artykuły

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Wyborcza.pl

33 chwile z życia

rozmawiał Tadeusz Sobolewski
2007-06-10, ostatnia aktualizacja 2007-06-10 19:08

Rodzinny wieczór w wakacyjnym domu na wsi. Poczucie bliskości. Minie rok - i tego wszystkiego nie będzie. Opowiadam o zniknięciu jakiegoś świata - mówi Małgorzata Szumowska. W jej nowym filmie "33 sceny z życia" główną rolę zagra słynna niemiecka aktorka Julia Jentsch ("Sophie Scholl"). Jutro zaczynają zdjęcia

ZOBACZ TAKŻE


Tadeusz Sobolewski: Od jakiej sceny zaczynacie?

Małgorzata Szumowska: To będzie scena inna w kolorycie niż cały film. Rodzinna kolacja w domu na wsi. Cudowny wieczór, rozmowy, śmiech, poczucie bliskości. Minie rok - i tego wszystkiego już nie będzie. Opowiadam o zniknięciu z powierzchni ziemi jakiegoś świata. O losach pewnej rodziny, która na początku filmu jest, a pod koniec jej nie ma. Wszystko może się odwrócić o 180 stopni, przez śmierć, przez rozwód. To ma być film o nieprzewidywalności, nieobliczalności życia. O dorastaniu, o końcu dzieciństwa.

O Tobie?

- Nie, nie o mnie. Nie chcę mówić w wywiadach o sobie Chcę mówić o filmie, który zawsze jest fikcją. Nie robię filmu o sobie, tylko o wydarzeniach, w których uczestniczyłam. To, że rodzice umierają, przytrafia się przecież każdemu. Gdy byłam w centrum tych zdarzeń, napisałam krótką nowelę. Ona stała się punktem wyjścia do napisania scenariusza. Sposób radzenia sobie z utratą - pisanie. Wyszły niedawno w jednej książce trzy dzienniki: Bergmana, jego żony, która umierała na raka, i ich córki. Każde z nich opisuje te same wydarzenia. Nasz operator Michał Englert przyniósł nam któregoś dnia tę książkę. Tam też są sytuacje przeżywane w zaskakujący sposób, który postronnych mógł dziwić, nawet gorszyć. Człowiek w sytuacjach ekstremalnych zachowuje się zupełnie inaczej, niż sobie to wyobrażamy. Nie wiemy, co będziemy wtedy czuli, co się w nas zmieni. Mam wielką potrzebę podzielenia się tym odkryciem. Dziwnie przebiega w tym filmie dokumentacja, nie wiem, jak to wytrzymamy. Jedziemy na onkologię, zaraz potem do zakładu pogrzebowego, potem na cmentarz, potem do prosektorium. I cały czas śmiejemy się, bo to wyzwala głupawkę. Ktoś wpisuje: rekwizyt - trumna. I w śmiech. Ostatnia rzecz, jaką bym chciała, to żeby powstał film depresyjny. Nie wiem, czy to się uda. Ale może? I tak powiedzą, że nie mam szacunku dla śmierci.

W dokumencie "A czego tu się bać?" jednak się udało.

- "33 sceny z życia" mają z tamtym filmem coś wspólnego. Rok z życia dziewczyny, której - mówiąc brutalnie - kolejno zdycha pies, umiera matka, umiera ojciec, a ona sama rozwodzi się i ma dziecko. Wszystko to opowiedziane w sposób przekorny, przewrotny. Tam, gdzie to powinno być tragiczne i wszyscy mają płakać - oni się śmieją. Ale tak właśnie zachowują się ludzie. Na przeżywanie śmierci nie ma żadnych recept. Jest to sytuacja nierzeczywista, do której nie można się w żaden sposób dostosować. Jesteś w tym, a zarazem jakby nie uczestniczysz. Obserwujesz jakąś nierzeczywistość, w której jest purnonsens śmierci, jej absurd. Człowiek jest tak skonstruowany, że w momencie tragedii ona nie dociera do niego. Dopiero później. Rykoszetem.

A żałoba?

- Dziwne, ale nie przeżywałam jej. Od początku byłam aktywna, chciałam żyć, chciałam się nie zmieniać. Jeżeli jakoś odbiła się na mnie ta traumatyczna sytuacja - choć nie znoszę nadużywanego słowa trauma - to w stanach lękowych. Zostało mi natręctwo: jest cudowny dzień, taki jak dziś, superfajnie, a myśl kołuje wokół jednego. I nie umiesz tego odepchnąć. Może to by się kwalifikowało do terapii? Ale ja to po prostu obserwuję w sobie.

Film jako autoterapia?

- O nie, zupełnie nie. Brzmi jak bełkot. Nie jestem fanem psychoterapii, grzebania się w sobie, co tylko prowadzi do stwarzania problemów, których nie ma. Wiem, że upraszczam, ale naprawdę tak uważam.



Można być terapeutą dla innych.

- Zawsze mi się wydawało, że robię filmy dla siebie. A tu po raz pierwszy mi się wydaje, że może to innym się przyda, że może być dla kogoś otwierające, pomocne. Ale też odczarowujące. Bo myśli się: o Jezu, jaka straszna historia... - a człowiek nawet nie wie, jaki jest mocny, jak bardzo potrafi sobie w takich sytuacjach radzić. Oczywiście robię to też dla siebie - tylko, broń Boże, nie używaj słowa "terapia". Jest w tym coś wyzywającego, że moja bohaterka po tym wszystkim, co ją spotkało, uśmiecha się, wyciąga twarz do słońca. Jest uspokojona. Przestaje być dzieckiem. Coś traci, ale coś ważnego zyskuje.



Ile masz lat?

- 34. I chyba dopiero teraz zaczynam widzieć inaczej relacje między ludźmi. Nie chcę dać się nabrać na powierzchowne idealizmy. Coraz mocniej dostrzegam paradoksalność życia. I wiem, że sama muszę sobie z tym radzić. Bez pomocy taty, którego zawsze prosiłam o pomoc, o radę. Choć akurat mój ojciec, Maciej Szumowski, miał coś z prowokatora. Nie znosił, kiedy ludzie wpadali w utarte schematy, burzył je. Gdy, dajmy na to, ktoś wywodził, że w życiu najważniejsza jest rodzina, dzieci, on mówił: a dlaczego, a wcale nie! I zaczynała się walka. Uwielbiał prowokować. Teraz sama muszę oceniać świat. Nie przez kogoś, tylko całkowicie przez siebie. I jest w tym jakaś irracjonalna radość, że odkrywam coraz to nowsze karty. Czasem wydaje mi się, że my tu, w Polsce, jesteśmy strasznie naiwni. Karmimy się jakimiś naiwnymi, sentymentalnymi opowiastkami ze szkółki niedzielnej. O dobru i złu, o tym, jak ktoś zły się przemienił...



Myślisz o polskim kinie?

- O swoich dawnych filmach też, choć bardzo je lubię, dorastam z nimi.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów