O powszechne ubezpieczenie zdrowotne starali się różni prezydenci od 100 lat. Izba Reprezentantów przyjęła ustawę w niedzielę o 22.48 (3.48 w nocy w Polsce) głosami 219 kongresmenów, samych demokratów. Na "nie" głosowali wszyscy republikanie, 178, a także 34 demokratów.
Kluczowe było przekonanie do ustawy w niedzielę grupy ok. 10 demokratów - przeciwników aborcji. Aby zdobyć ich głosy, Obama wydał specjalne rozporządzenie uniemożliwiające także po wejściu w życie reformy finansowanie aborcji z pieniędzy podatników. Prawica zaraz ogłosiła, że takie rozporządzenie nie ma mocy prawnej - ale dla losów ustawy nie ma to już znaczenia.
Po zatwierdzeniu ustawy przez Izbę Reprezentantów głosowanie nad poprawkami do niej w Senacie będzie formalnością. Reforma systemu zdrowia w
USA stała się faktem.
To wielkie zwycięstwo Baracka Obamy; nawet niechętni mu komentatorzy przyznają, że jego notowania w sondażach w najbliższym czasie wzrosną. Obama zmagał się z krytyką z lewa i prawa, że ma ambitne plany, ale ich nie realizuje - ani w polityce wewnętrznej, ani zagranicznej. Teraz zamknął krytykom usta - doprowadził do uchwalenia najważniejszej swojej reformy.
Czy jednak w dłuższej perspektywie reforma będzie, jak pisze w "New York Timesie" David Sanger, "historycznym osiągnięciem, politycznym samobójstwem, czy jednym i drugim naraz"?
W ostatecznym kształcie ustawa zakłada, że każdy obywatel (lub jego pracodawca) będzie musiał wykupić ubezpieczenie - pod groźbą 695 dol. kary rocznej dla obywateli i 2 tys. od pracownika dla firm. Dzięki temu, a także rozszerzeniu państwowego ubezpieczenia dla najbiedniejszych (o dochodach poniżej 30 tys. dol. rocznie na rodzinę) oraz dopłatom do ubezpieczeń dla niższej klasy średniej, reforma ma doprowadzić do ubezpieczenia 94 proc. z nieubezpieczonych dziś ok. 33 mln Amerykanów.
Ustawa wprowadza przepisy, które będą się podobać - zakaże ubezpieczycielom odmawiania polis osobom już chorym, rodzice będą mogli na swej polisie zostawić dzieci aż do 26. roku życia. Z tych wszystkich powodów lewica w USA mówi dziś, że "historycy ocenią tę ustawę jako prawo napisane po mistrzowsku" - jak pisze Jonathan Chait, komentator "New Republic". Chait dodaje, że "Obama już zapewnił sobie miejsce w historii" i "osiągnął więcej niż Bill Clinton" podczas ośmiu lat prezydentury. Reforma, jak mają nadzieję wszyscy na lewicy, nie tylko ubezpieczy 30 mln Amerykanów, ale też ograniczy wzrost cen polis i w ogóle usług zdrowotnych, a przez to zmniejszy dziurę w budżecie o prawie 140 mld dol. w ciągu dekady.
Prawica ma zdanie dokładnie odwrotne. Jak pisze "National Review", reforma "podniesie podatki [dla osób zarabiających powyżej 200 tys. dol. rocznie i rodzin o dochodach 250 tys.], ceny polis, dług narodowy, obniży za to
wzrost gospodarczy, liczbę miejsc pracy w USA oraz jakość usług zdrowotnych [przez przycięcie hojnych wydatków dla seniorów]".
Republikanie krytykują też sposób uchwalenia ustawy - Biały Dom obiecał wielu wahającym się demokratom korzyści dla ich okręgów wyborczych, nie zdobył za to głosu choćby jednego członka opozycji, co przy wielkich reformach dotąd się nie zdarzało. Z tą częścią krytyki zgadzają się i niektórzy eksperci lewicy. Sanger z "Timesa" pisze: "Obama na dobre coś stracił (...), obietnicę, która doprowadziła go do zwycięstwa wyborczego: obietnicę ponadpartyjnego Waszyngtonu, w którym racjonalna debata zastąpi wojnę partyjną".
Przywódcy Republikanów, którzy do niedzieli twierdzili, że reforma zdrowia będzie Waterloo Obamy, dziś mówią, że to będzie jego Borodino - ostatnia, wielkim kosztem wygrana bitwa, która jednak prowadzi do klęski w wojnie. I zapowiadają, że wymażą tę ustawę. Ich plan jest prosty: "Wybory w 2010 [do Kongresu] i 2012 r. [i prezydenckie, i do Kongresu] zamieńmy w referendum nad reformą zdrowia, wygrajmy je i cofnijmy reformę" - pisze Bill Kristol w neokonserwatywnym "Weekly Standard".
Tuż przed jej uchwaleniem Amerykanie odrzucali w sondażach reformę 49 do 40 proc. Jednak Obama planuje "ofensywę", by przekonać rodaków, że "to reforma wielka, ale nie radykalna, to zwycięstwo zdrowego rozsądku".
Kto zdobędzie dusze Amerykanów? Czy rzeczywiście uda się ubezpieczyć dzięki ustawie ponad 30 mln osób? Czy reforma ograniczy wzrost cen polis, czy przeciwnie - przyspieszy go? Czy oszczędności w państwowych ubezpieczeniach dla emerytów ograniczą "marnotrawstwo", jak mówią Demokraci, czy też odbiją się na jakości usług, jak ostrzegają Republikanie? Czy wzrosną tylko podatki dla najbogatszych, czy też dla klasy średniej? Czy to, że firmy będą musiały po wejściu w życie ustawy zwiększyć koszty (np. Caterpillar oblicza je na 100 mln dol. rocznie), rzeczywiście wpłynie na
bezrobocie?
Kłopot w tym, że przed wyborami 2010 ani nawet 2012 roku Amerykanie się tego nie dowiedzą. I zyski, i koszty reformy (ok. 940 mld dol. w ciągu dziesięciu lat) będą znane dopiero później. Atrakcyjne dla ludzi, ale kosztowne dla budżetu dopłaty do polis klasy średniej zaczną działać w 2014 r. Płacenie za najdroższe polisy będzie bolesne dla ich właścicieli, ale zmusi ubezpieczalnie do redukcji kosztów - w 2018 r.
Im dłużej przez ostatni rok Amerykanie debatowali nad tą monumentalną reformą, tym bardziej byli podzieleni. Nic nie wskazuje na to, by w najbliższych gorących politycznie latach było inaczej.