Demokraci, partia Obamy, chcą głosować nad ostateczną wersją reformy zdrowia jeszcze w tym tygodniu. Z tego powodu prezydent przełożył nawet o kilka dni podróż do Indonezji - chce do ostatniej chwili osobiście nakłaniać wahających się kilkudziesięciu kongresmenów swojej partii. Co prawda szefowa Izby Reprezentantów Nancy Pelosi zapewnia, że "ma potrzebne głosy", czyli 218 w 435-osobowej Izbie, ale nikt jej nie wierzy.
Obama od dziesięciu dni objeżdża okręgi wyborcze wahających się demokratów, by na wiecach wywierać na nich presję. W poniedziałek był w Ohio w okręgu Dennisa Kucinicha. Ten najbardziej lewicowy kongresmen Demokratów uważa, że należałoby całą służbę zdrowia upaństwowić, czego ta ustawa nie zrobi.
W Ohio prezydent opowiedział historię Natomy Canfield, która napisała mu o swym zaleczonym raku i o tym, że w tym roku musiała zrezygnować z ubezpieczenia, bo składka zbyt mocno rosła. - Natomy tu nie ma - mówił Obama - bo w ubiegłym tygodniu nagle upadła, zdiagnozowano u niej białaczkę. Leży w szpitalu, ale nie wie, jak za niego zapłaci...
Gdy tłum zaczął do Kucinicha krzyczeć: "Głosuj tak!", prezydent zwrócił się bezpośrednio do niego: "Słyszysz to, Dennis?!". Kongresmen nie powiedział jednak jasno, czy ustawę poprze.
Reforma ma nakazać wszystkim obywatelom oraz ubezpieczającym pracowników firmom kupno polis, dając jednocześnie mniej zarabiającym dopłaty państwowe. Ma też zakazać ubezpieczalniom odmowy wydania polisy ze względu na chorobę. To według założeń pozwoli na ubezpieczenie większości z nieubezpieczonych dziś ponad 30 mln obywateli
USA (kolejne 10 mln nieubezpieczonych to nielegalni imigranci).
W listopadzie i grudniu swoje wersje reformy zdrowia przegłosowały Izba Reprezentantów (220 do 215 głosów) oraz Senat (60 do 40). Wersje mocno się od siebie różnią i trzeba je ujednolicić. Tymczasem w styczniu Demokraci stracili większość 60 głosów w Senacie - zwyczajowo potrzebną do przegłosowania ustaw w izbie wyższej. Fotel senatora po zmarłym Edwardzie Kennedym w Massachusetts objął republikanin Scott Brown, który obiecywał, że "ukatrupi" reformę.
Demokraci zdecydowali się więc na rzadką technikę "pojednania". Izba Reprezentantów ma przegłosować wersję senacką, a potem poprawki do niej. Te poprawki następnie przegłosować ma Senat - ale już nie 60 głosami, tylko 51.
Nie wiadomo jednak, czy w izbie niższej Demokraci będą mieli podczas głosowania większość. Część z nich (i niemal wszyscy Republikanie) uważa, że nowa ustawa przekazuje zbyt mocną kontrolę nad systemem zdrowia państwu oraz że będzie zbyt kosztowna.
Po ostatnich propozycjach poprawek tak naprawdę nie są znane odpowiedzi na kluczowe pytania. Ile ustawa będzie ostatecznie kosztować (zapewne ok. 950 mld dol.)? Czy w dłuższej perspektywie pozwoli na oszczędności budżetu, czy odwrotnie - zwiększy deficyt? Czy składki ubezpieczeniowe będą dzięki niej rosnąć wolniej (to, że rosnąć będą, jest pewne)?
Na te pytania ma dać odpowiedź ponadpartyjne i darzone dużym zaufaniem kongresowe biuro budżetowe. Raport biura spodziewany jest dziś lub jutro - od niego mogą zależeć głosy kilkudziesięciu wahających się demokratów. Z napięciem patrzą też oni na ostatnie sondaże. Średnia z nich mówi, że przeciw ustawie jest 49 proc. Amerykanów, 41 proc. jest za, ale ta druga liczba ostatnio rośnie w związku z ofensywą propagandową Obamy.
Losy reformy, i w dużej mierze prezydentury Obamy, mogą zależeć od decyzji jednego demokratycznego kongresmena - np. Latynosa Luisa Gutierreza, który grozi, że zagłosuje na nie, bo ustawa zakazuje wykupu polisy przez nielegalnych imigrantów.