Parlament Wirginii zezwolił na wnoszenie broni do barów i jest bliski zniesienia limitu sprzedaży jednego pistoletu na miesiąc. W USA za czasów Baracka Obamy dostęp do broni jest najłatwiejszy od kilkudziesięciu lat
Gdy trzy lata temu na uniwersytecie Virginia Tech niezrównoważony psychicznie koreański student Seung Hui Cho zabił 32 osoby, wielu w USA spodziewało się, że stan Wirginia zacznie mocniej ograniczać dostęp do broni palnej.
Stało się odwrotnie. Dwa tygodnie temu izba niższa parlamentu stanowego, w którym większość mają Republikanie, przegłosowała 20 nowych przepisów ułatwiających dostęp do broni i jej używanie. Jej posiadacze będą mogli m.in. wnieść broń do baru czy restauracji, gdzie podawany jest alkohol, pod warunkiem że sami nie będą pili. Uznano też, że jeśli obywatel może mieć broń w domu, to może i w samochodzie lub w łodzi. Miasteczka czy osiedla nie będą również mogły jak dotąd zakazać polowań w promieniu pół mili od swych granic.
Wiele z tych przepisów poparł już zdominowany przez Demokratów senat Wirginii, czeka go jednak jeszcze głosowanie nad jednym z najbardziej kontrowersyjnych punktów - zniesieniem limitu sprzedaży broni wynoszącego jedną sztukę na miesiąc. Wprowadzono go 17 lat temu, gdy okazało się, że wiele gangów w Nowym Jorku czy Filadelfii posługuje się bronią kupioną hurtowo właśnie w Wirginii.
Od tego czasu "eksport" pistoletów i karabinów z Wirginii do zorganizowanych grup przestępczych rzeczywiście zmalał. Jednak lobby posiadaczy broni uważa, że to gwałci ich swobody obywatelskie. "Washington Post" kpi w komentarzu redakcyjnym: "Nieznane nam są żadne większe kłopoty z tego powodu, że ktoś może kupić ledwie 12 rewolwerów rocznie...".
Zażarta walka między zwolennikami i przeciwnikami swobodnego dostępu do broni trwa w USA od lat 30., kiedy to po raz pierwszy wprowadzono ograniczenia - chodziło wówczas o pistolety automatyczne. W kolejnych ustawach z lat 60. uchwalono następne obostrzenia, m.in. sprawdzanie przez organy państwa czy broni nie sprzedaje się przestępcom lub sprawcom wykroczeń z zastosowaniem przemocy. W tej chwili w domu broń może mieć każdy niekarany obywatel USA, ale by nosić ją w miejscach publicznych, trzeba już mieć zezwolenie.
Wraz z wprowadzeniem się do Białego Domu Baracka Obamy zwolennicy większych ograniczeń mieli ogromne nadzieje, że rząd USA zaangażuje się mocniej po ich stronie. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Przeciwnie, prezydent podpisał kontrowersyjne przepisy zezwalające na noszenie broni w parkach narodowych (choć nadal nie można tam polować) oraz w pociągach (choć broń musi być schowana w bagażu). - Spodziewaliśmy się po Obamie czegoś innego - żali się dziś Paul Helmke, szef Kampanii na rzecz Przeciwdziałania Przemocy z Użyciem Broni.
Doradcy prezydenta tłumaczą, że Obama nie chciał otwierać kolejnego frontu wojny ideologicznej między lewicą i prawicą, którą i tak rozwściecza np. staraniami o większe prawa gejów czy o reformę opieki zdrowotnej. Poza tym ograniczenia w posiadaniu broni nie są dziś w USA zbyt popularne - w badaniu Gallupa sprzed roku popierało je 44 proc. Amerykanów, a 55 proc. było za zachowaniem status quo lub nawet ułatwieniem dostępu do pistoletów.
Mimo to od początku kadencji Obamy, obawiając się jego ewentualnych działań, lobby posiadaczy broni wszczęło w wielu stanach kampanie na rzecz zniesienia ograniczeń. Wirginia jest tylko przykładem szerszego trendu. Parlamenty Tennessee i Montany uznały, że ich prawa dotyczące broni mają być ważniejsze od federalnego prawa USA, co byłoby rewolucją w konstytucyjnym porządku kraju, zostało więc natychmiast zaskarżone w sądach. Arizona i Wyoming są w trakcie stanowienia prawa, które pozwalałoby na noszenie broni poza domem bez zezwolenia. W Indianie z kolei przegłosowano przepis, że firmy nie mogą zabronić pracownikom wwożenia na swój teren w samochodach legalnej broni.
Lobby przeciwników broni też ma w ostatnich kilkunastu miesiącach pewne sukcesy - po masakrze w Virginia Tech skutecznie obroniło w 20 stanach zakaz posiadania broni w miasteczkach akademickich. W stanie New Jersey wywalczyło też limit kupowania jednej sztuki broni na miesiąc.
W skali całych Stanów Zjednoczonych wyraźnie jednak widać, że to lobby posiadaczy pistoletów czy karabinów jest w ofensywie. W samej Wirginii stowarzyszenie posiadaczy broni NRA wydało rok temu w wyborach stanowych na pomoc bliskim sobie kandydatom milion dolarów. Mimo to szef NRA Wayne LaPierre mówi skromnie: - Mamy pewne sukcesy, ale musimy pozostać czujni. Wiemy, że jeśli Obama dostanie najmniejszą szansę, natychmiast w nas uderzy.