Biuro Baracka Obamy leży w nieciekawej okolicy. Mnóstwo starych hal fabrycznych, w większości opuszczonych, dwa kościoły i wielki budynek Armii Zbawienia, z którego właśnie wychodzi z paczkami trzech Murzynów, na oko bezdomnych.
W 100-tysięcznym Macon dwa lata temu zamknięto ostatnią wielką fabrykę - zakład tytoniowy.
Jest wczesne popołudnie w niedzielę, okolica wygląda na wymarłą. Tylko przy Broadwayu pod numerem 1680 stoi kilka niezłych aut, dziwnie w tym sąsiedztwie wyglądających. W środku, w sztabie Obamy, wita mnie Kate Wegrzyn, studentka z Bostonu, wnuczka polskich imigrantów.
Kate to jedna z dwóch etatowych pracowników sztabu w Macon, który stara się dotrzeć do pół miliona wyborców w środkowej części Georgii. W niedzielę oprócz Kate i Dana jest w sztabie kilkunastu ochotników. W ciągu ostatniego miesiąca rozdali prawie 100 tys. ulotek, wykonali kilkanaście tysięcy telefonów i złożyli 10 tys. wizyt w domach.
- Do tej pory chodziliśmy wszędzie, przekonywaliśmy, spieraliśmy się z ludźmi - mówi mi Kate. - Teraz chodzimy już tylko w okolice, gdzie jesteśmy pewni, że poparcie dla Obamy jest duże. Wybory wygra ten, kto zmusi swych zwolenników, by poszli głosować.
Kate rozdaje ochotnikom mapy. Ja do południowej dzielnicy Macon jadę z Beverly Ford i Tomem Ellingtonem. Beverly to drobna 60-letnia Murzynka, prowadzi szkolenia w Urzędzie Miejskim. Tom to tyczkowaty, rudy profesor nauk politycznych na miejscowym uniwersytecie. Jest w Macon dość znany - trzy miesiące temu jako pierwszy od dziesięcioleci biały wygrał wybory na radnego w najbardziej czarnej części miasta. Murzyni stanowią połowę mieszkańców Macon.
Parkujemy na ulicy... New Clinton. Stoją tu małe, zapuszczone domki. Przeważnie nikt nie otwiera, Tom i Beverly zostawiają tylko ulotki. - Ludzie nie wrócili jeszcze z kościołów - tłumaczy Beverly. 500 metrów dalej i pół godziny później jest już lepiej. Gospodarze, przeważnie starsze Murzynki, otwierają chętnie, ze trzy zapraszają na obiad. Jedna daje Beverly podświetlany landszaft z wodospadem. - To dla was, powieście sobie w sztabie - mówi.
Prawie wszyscy są tu czarni, prawie wszyscy za Obamą. Do chęci głosowania na Clinton przyznaje się jedna osoba. Republikanów nie ma.
Beverly ucina sobie pogawędkę z pewnym sędziwym Murzynem. Oboje zgadzają się, że "całe zło przyszło z Reaganem". Ronald Reagan, przez większość Amerykanów widziany jako wielki prezydent, który pomógł obalić komunizm i dodał
USA energii gospodarczej, wśród czarnych jest głęboko niepopularny. - Może i był człowiekiem idei, ale były to złe idee. Stworzył Amerykę dla bogatych.
Gdy chcę trochę popolemizować, Beverly woli zmienić temat rozmowy na Polskę. - Czy Lek Waleza jeszcze żyje? - pyta.
Po półtorej godziny, gdy Beverly i Jim obeszli prawie sto domów i porozmawiali z trzydziestką wyborców, wracamy do sztabu.
Kate mówi, że w tę ostatnią niedzielę przed Superwtorkiem w całej Georgii pracuje dla Obamy co najmniej tysiąc osób. Ale ochotnicy Clinton robią to samo, choć akurat w Macon nie mają sztabu.
Kate Wegrzyn wzięła urlop ze studiów i od listopada dzień w dzień pracuje dla Obamy. - W New Hampshire przegraliśmy - mówi. - Ale tu w Georgii musimy wygrać. Inaczej będzie, jak to jest po polsku... dupa?
3 listopada 2008Pierwszy wtorek listopada to tradycyjny termin wyborów prezydenckich w USA. Wtedy rozstrzygnie się, kto zostanie następcą George/a Busha