Sami powiedzcie: może się zdenerwować i to bardzo. W czasach kryzysu mamy płacić za dwa razy dłuższą drogę, bo komuś zachciało się chronić żabki i storczyki.
TVN24.pl nie wymyślił tego sam, informację podaje za PAP. Twórczy wkład polega tylko na opatrzeniu tekstu dramatycznymi pytaniami "Najmniej szkodzi?" - to o wybranym wariancie lub podtytułami "Wygrała pseudoekologia".
Byłoby dobrze, by każdy kto pisze lub przetwarza informację weryfikował źródła. Rozmowa na temat oceny oddziaływania na środowisko z Andrzejem Chmielewskim, słynącym z blokad byłym działaczem Samoobrony i przewodniczącym Obywatelskiego Komitetu Obrony Budowanej Obwodnicy Augustowa, który jako jedyny komentuje tę informację, nie wystarczy.
Ocena oddziaływania na środowisko to dość skomplikowany dokument, a poza tym Panu Chmielewskiemu może zależeć na przemilczeniu niewygodnych dla niego faktów. Jak chociażby tego, że zadanie nie polega na przebiciu się tylko przez lasy i bagna i zrobieniu drogi donikąd. Chodzi raczej o funkcjonującą obwodnicę od rogatek na południu Augustowa do węzła Lotnisko na drodze Augustów-Suwałki.
A rozpatrywane warianty i ich długość naprawdę są takie: - w wariancie I (przez bagna Rospudy): 32,2 km; w wariancie II (przez Chodorki): 32,9 km; w wariancie III (przez Raczki): 34,5 km.
Jak ktoś tu widzi 17, albo 40 kilometrów, to gratuluje. 40 km droga to obwodnica Augustowa połączona z obwodnicą Suwałk. Czyli rozwiązanie dla 30 tysięcy mieszkańców Augustowa, ale również dla 70 tys. mieszkańców Suwałk. Nie ważne czy droga prowadzona byłaby przez bagna czy nie, i tak tyle kilometrów w końcu by musiała mieć.
I jeszcze jedno. Przy budowie drogi przez Raczki ucierpi najmniej ludzi, bo najmniej gospodarstw trzeba będzie wyburzyć. By zobaczyć, że 30 km to jednak ani 17 ani 40, i że warianty nie są od siebie dwa razy dłuższe tylko różni je nieco ponad 2 kilometry, albo żeby dowiedzieć się, że wybrany wariant jest najmniej szkodliwy nie tylko ze względów przyrodniczych, ale też społecznych, trzeba ocenę przeczytać albo porozmawiać z kimś, kto się na tym naprawdę zna.
To trudniejsze niż szybkie przepytanie miejscowego watażki, który tylko przebiera nóżkami by znaleźć się w mediach i gotów jest im sprzedać każdą bzdurę.