Poruszona relacją matki, której trauma po stracie syna zwielokrotniona została sposobem potraktowania jego zwłok w warszawskim Zakładzie Medycyny Sądowej, chciałabym stwierdzić, że inne zwyczaje panują w Kielcach
W kwietniu ub.r. straciliśmy w wypadku spadochronowym naszego syna. Zginął na lotnisku w podkieleckim Masłowie. Mieszkamy 200 km od Kielc, a dodatkowo jedno z nas w chwili wypadku przebywało za granicą. Chcieliśmy wszyscy jak najszybciej zobaczyć ciało syna i nie było możliwe uzgodnienie jednego terminu dla całej rodziny. Nikt w zakładzie przy ul. Radiowej nie robił z tego powodu żadnych problemów. Byliśmy wzruszeni i wdzięczni za przygotowanie ciała do pochówku oraz za życzliwość i wyrozumiałość dla nas.