http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Badania prenatalne a la Polonaise

Marzena Matuszak
2009-11-06, ostatnia aktualizacja 2009-11-06 12:31

- Wiedziałam! - krzyczy lekarka. - Kobiety robią badania prenatalne tylko po to, by usuwać ciążę! Po co to? Ja kiedy rodziłam to też miałam ponad 30 lat i dziecko urodziłam zdrowe. Niech pani nie zabija swojego dziecka! - dodaje. Absurd sięga bruku. Nie wiem, czy mam się śmiać czy płakać. Przecież nie po to chcę zrobic te badania...

Badania prenatalne traktowane są w kategoriach ideologicznych, a nie medycznych
Fot. Grazyna Makara / AG
Badania prenatalne traktowane są w kategoriach ideologicznych, a nie medycznych

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Jeden z profilaktycznych programów NFZ zaleca bezpłatne badania prenatalne kobietom w ciąży, które skończyły 35. rok życia. Mam 36 i postanawiam zrobić takie badanie. Mój ginekolog zaleca test Pappa - nieinwazyją metodę badań - wykonuje się go pomiędzy 11 a 13 tygodniem ciąży. Został mi tydzień (nieuważnie zapisałam termin ostatniej miesiączki badanie usg w dziewiątym tygodniu wskazuje, że moje dziecko ma już 12 tygodni) na wykonanie testu. Upieram się, by zrobić go bezpłatnie.

W Warszawie właściwie nie ma z tym problemu. Na liście miejsc, w których badania takie mogę wykonać jest 15 zakładów opieki - publicznych i prywatnych. Jeden telefon i bez problemu ustalamy termin badania. Niestety moja ginekolog radzi mi zaczekać tydzień (w sytuacji jeśli dziecko jest młodsze a większe) a to oznacza, że będę musiała zrobić te badanie we Wrocławiu, miejscu zamieszkania ojca mojego dziecka, a teraz i moim.

Na liście NFZ - tylko dwie placówki. Telefonuję do szpitala. Panie odsyłają mnie jedna do drugiej. Od sekretariatów, usg, informacji oddziałów aż do laboratoriów. Wszędzie nazwa test Pappa - brzmi jakby był jakąś kosmiczną niewiadomą. W sumie wykonuję ok. 45 różnych telefonów. Nie udaje mi się nic załatwić.

Druga placówka to Poradnia Genetyczna. Dzwonię na numer podany na stronie internetowej. Niemiły kobiecy głos pyta skąd w ogóle mam ten numer. Gdy odpowiadam, że ze strony internetowej, sprawia wrażenie jakby mi nie wierzyła. Nie wiem w jakim celu miałabym kłamać? Na moje wyraźne żadanie pomocy i powołanie się na NFZ pani podaje mi numer poradni genetycznej. Dzwonię. Automatyczna informacja dla kobiet w ciąży: zapisy telefoniczne przyjmowane są od 13.30 do 15.00. Gdyby proponowany przez nich termin wizyty mi nie odpowiadał mogę pojechać do Opola, Gliwic czy jeszcze gdzieś. No i namiar na prywatną klinikę, która badaniami genetycznymi się zajmuje. Dzwonię do kliniki prywatnej. Koszt badania 240 złotych. Niemało.

Pomiędzy 13.30 a 14.45 podejmuję około 50 prób dodzwonienia się do poradni genetycznej. Wreszcie o 14.45 udaje mi się. Pani informuje mnie, że oni testu Pappa nie robią. Jedyne w czym może mi pomóc, to zapisać mnie do lekarza genetyka - on może mi powie co zrobić w takim przypadku. Termin wizyty - za miesiąc. - Przecież Pani wie, że taki test wykonuje się do 13 tygodnia ciąży. - Za późno zaczęła się pani tym zajmować - odpowiada pani w informacji. Moją cichą ripostę, że niedługo jeszcze przed zajściem w ciążę będę musiała zapisać się na wizytę - pani zbywa milczeniem.Właściwie to nie jej wina, uspokajam się, chociaż cały czas myślę jak w takiej sytuacji czuje sie kobieta, która naprawdę ma powody, by bać się o zdrowie swojego dziecka. Ta, której poprzednia ciąża była obciążona ryzykiem, na przykład.

No i co teraz? Poddać się czy nie? Rozbudzona we mnie wojowniczka o prawa kobiet w ciąży nie chce się poddać. W rozmowie z panią z poradni genetycznej pada adres kliniki przy ul. Wajdla. Tam podobno robią to badanie. Wysyłam tam tatę dziecka - w końcu to jego rodzinne miasto. Dzwoni informując, że owszem robią, ale muszę mieć skierowanie z kliniki na ul. Dyrekcyjnej (Klinika ginekologiczno-położnicza), a nie z Warszawy. Być może tam mogą mi moje skierowanie od warszawskiego lekarza przepisać. Spróbujemy.

2 listopada. Zimno. Okutana w puchowy płaszcz docieram pod pracownię usg. Tu próbuję pokazać moje warszawskie skierowanie. Okazuje się źle wypisane, nieprawidłowe, nietakie, lekarz nie wie co robi i w ogóle nie jestem z Dolnego Śląska. Mam łzy w oczach. Jakoś teraz o to nie trudno. Na szczeście pojawia się inny lekarz. Moje miejsce zameldowania dla niego nie jest problemem, ale skierowanie rzeczywiście jest nieprawidłowe. Podobno mają z tym potem problem, bo NFZ nie chce płacić. Rozumiem. Wysyła mnie do lekarza domowego, który przepisze skierowanie we właściwy sposób. I potem mogę do nich wrócić. Na moje nieśmiałe troski o upływający czas i ewentualne terminy - złagodniała położna mówi, że jakoś mnie wcisną. Pierwszy raz czuję jakiś życzliwy gest.

3 listopada. Przychodnia w okolicy. Zapisuję się do lekarza rodzinnego. Nie znam tu nikogo więc panie w recepcji kierują mnie do lekarki, która akurat ma miejsce.

Doktor Maria S-D. Czekam przed drzwiami. Pan obok czyta artykuł o Alicji Tysiąc i myślę sobie, że to dobry znak.

- W jakim celu chce pani wykonać badania prenatalne? - pani doktor patrzy ostro na skierowanie z Warszawy i od pierwszej chwili wiem jak potoczy się ta rozmowa.

- Żeby dowiedzieć się czy moje dziecko jest zdrowe

- I co pani zrobi z tą informacją?

- W razie czego będę mogła się przygotować psychicznie? Może leczyć, w zależności od schorzenia?

- I co pani to da? Z mojego doświadczenia wynika, że kobiety robią badania prenatalne tylko wtedy kiedy podstępnie myślą o usunięciu ciąży. O zabiciu tego maleństwa. Niech pani się przyzna czy pani o tym nie myśli?

- Proszę pani przyszłam tu po to, by pani wypisała mi skierowanie na badania, które przysługuje mi według prawa - nie mam zamiaru z panią rozmawiać o kwestiach moralnych - z całych sił próbuję zachować spokój.

- Ja składałam przysięgę Hipokratesa - podnosi głos pani doktor. - Nie wolno pani zabijać swojego dziecka. Niech pani o nim pomyśli!

- Przysięga Hipokoratesa nic nie mówi o szacunku dla pacjenta i krzyczeniu na niego? - nieśmiało sugeruję. - Nie proszę pani, nie myślę o usunięciu dziecka, chciałabym mieć prawo do pełnej informacji, co się dzieje z moim dzieckiem, NFZetowski program ma mi to zapewnić.

- I co pani zrobi z tą informacją? - jeszcze raz dopytuje pani doktor. Pachnie siarką. Włączyła się moja ochota do prowokacji.

- Proszę pani, prawo pozwala mi też usunąć ciążę, jeśli płód będzie bardzo chory lub zagrażał mojemu zdrowiu- mówię.

- Wiedziałam! - krzyczy lekarka. Kobiety robią badania prenatalne tylko po to, by usuwać ciążę! Po co to? Ja kiedy rodziłam to mogłam zrobić takie badanie i też miałam ponad 30 lat i dziecko urodziłam zdrowe. Niech pani nie zabija swojego dziecka!

Absurd sięga bruku. Nie wiem, czy mam się śmiać czy płakać. Żałuję, że nie mam kamery. Byłby to świetny epizod do filmu o polskiej moralności. Próbuję przypomnieć pani doktor, że jestem w gabinecie, a nie w kościele i proszę o to, by wykonała swój obowiązek i napisała mi skierowanie na badanie.

Udaje się. Pani doktor sięga po druczek i wypełnia. W rubryczce "cel" napisze: na prośbę pacjentki. Proszę ją by dopisała "ze względu na wiek" - bo to właśnie klasyfikuje do tego programu NFZ, i o to prosił lekarz z ul. Dyrekcyjnej.

- Mój światopogląd nie zgadza się na to, żeby napisać, że zalecam pani badania ze względu na wiek. Nie wierzę własnym uszom. Nie mam zamiaru uczestniczyć w tej komedii, mówię grzecznie do widzenia.

Epilog

Skierowanie okazało się niepotrzebne. Na szczęście w klinice na ul. Dyrekcyjnej dr Fuchs wykazał się rozumieniem i dobrą wolą - co nie jest dzisiaj tak powszechne. Dzięki niemu udało mi się zrobić test Pappa w terminie w ramach programu NFZ. Wow!

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 24 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    79 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':