http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie pomogliście Róży - list do mediów

M.N.
2009-09-18, ostatnia aktualizacja 2009-09-18 16:19

Czytam wciąż o sprawie małej Róży. Między innymi dlatego, że z podobnymi sytuacjami spotykam się codziennie w pracy. Treść artykułów i komentarzy wywołuje u mnie nie tyle chęć polemiki, co refleksje, które chciałbym dołożyć do obrazu sprawy. Fakt, że nie zgadzam się często z tym, co przeczytałem, nie ma znaczenia, bo chodzi tu o coś ważniejszego.

Rodzice Róży Władysław Szwak i Wioletta Woźna po wyroku sądu, który oddał im dziecko. Szwak: - Wreszcie potraktowano mnie jak człowieka
Fot. Tomasz Kaminski / Agencja Gazeta
Rodzice Róży Władysław Szwak i Wioletta Woźna po wyroku sądu, który oddał im...

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



O dobru dziecka trzeba myśleć w kontekście całego jego życia. Taki paradygmat nie tylko sprawdza się w nauce o rozwoju, ale także wtedy kiedy stosujemy jej osiągnięcia w praktyce, w pracy z dziećmi i ich rodzicami. Rozwój dziecka przebiega w pewnych warunkach, a od tego jakie one są, zależą jego przebieg i efekty.

Decyzje jakie trzeba podejmować, by stwierdzić czy dziecko ma pozostać pod opieką rodziców czy ma zostać umieszczone w zastępczej formie opieki są niezwykle trudne i dramatyczne. Nigdy nie można uzyskać pewności czy podjęta decyzja jest słuszna. Problemy rodziny mogą być powodem rzeczywistej, codziennie odczuwanej przez dziecko krzywdy. Właśnie o dziecku należy pamiętać podejmując taką decyzję, a nie o kwestiach abstrakcyjnych takich jak prawda czy sprawiedliwość.

Świadomie relatywizuję wartości, które cenię, po to, aby pokazać, że żadna idea, a tym bardziej ideologia, czy też interes nie są warte więcej niż ból odczuwany przez pojedyncze, posiadające imię dziecko. Z innej strony umieszczenie w placówce opiekuńczo-wychowawczej, rodzinnym domu dziecka czy rodzinie zastępczej jest zawsze czasowe i dziecko może wrócić pod opiekę rodziców, jeśli problemy rodziny, będące przyczyną umieszczenia dziecka, zostaną rozwiązane. Jedynie adopcja jest nieodwracalna. Choć i adoptowane dzieci mogą zostać odebrane nowym rodzicom.

Proces podejmowania decyzji o odebraniu dziecka rodzicom wymaga jak największej ilości informacji dotyczących funkcjonowania całej rodziny, jak i indywidualnie każdego z jej członków, poza tym środowiska, w którym żyją i sytuacji formalno-prawnej. Ważne, aby podczas przygotowywania decyzji obecny był zespół profesjonalistów, ale także innych osób znających rodzinę. Pojawią się sprzeczne opinie i propozycje. Wiele faktów, które ujrzą światło dzienne będzie tak przykrych, że ciężko będzie je zwerbalizować. Ale z tej wielości i różnorodności będzie można stworzyć najwierniejszą reprezentację rzeczywistości. Pozwoli ona odpowiedzieć na pytanie, co będzie lepsze dla dziecka.

Bywa, że wyrwanie dziecka z rąk matki jest aktem wyzwalania go. Krzyk obydwojga i ściskanie w gardle osoby, która to czyni są faktami, jakich chciałoby się uniknąć. Dramatyczna sytuacja dobrze wygląda w relacjach mediów. Odbiorcy przeżywają intensywne stany emocjonalne, produkt cieszy się dużym zainteresowaniem. Można też zdecydować, że dziecko pozostaje w rodzinie.

Ale tragedia dziecka pozostawionego w rodzinie o zaburzonym funkcjonowaniu trwa i narasta. Dziecko wzrasta i rozwija się w warunkach dla niego niekorzystnych, cierpi, traci szansę na zyskanie od życia tyle, ile mogłoby gdyby nie było narażone na przeżycia i doświadczenia, których dostarcza mu życie rodzinne.

Półtoraroczne dziecko płacze, tęskni i odmawia jedzenia po odebraniu matce. Ma jeszcze czworo starszego rodzeństwa. Wszyscy byli świadkami awantur w domu matki z kolejnymi pijanymi partnerami. Byli ofiarami przemocy ze strony zarówno matki, jak i ojców, niekoniecznie swoich. Często byli w domu sami i najstarsze z nich musiało wymyślać skąd zdobyć coś do jedzenia dla młodszych w czasie kiedy powinno być w szkole. Co byłoby lepsze dla malucha: pozostanie z matką, matka to zawsze matka czy okrutne odebranie dziecka i oddanie pod opiekę obcym ludziom, rodzinie zastępczej? Celowo podaję skrajny przykład, anonimowy, ale prawdziwy. Można zająć wobec opisanej przez mnie sytuacji skrajne stanowisko. Ale tak samo jak w przypadku małej Róży nie będzie miało się pewności czy jest ono słuszne.

Moje doświadczenia są inne od rzeczywistości opisywanej przy okazji sprawy Róży. Często obserwuję, że z niezrozumiałych przyczyn pozwala się, aby małe dzieci wzrastały w zaburzającej ich rozwój rodzinie. Nieomal czeka się do chwili, kiedy już nastoletnie dziecko wejdzie w konflikt z prawem i wtedy odbiera się rodzinie taką młodą osobę z biografią pełną cierpienia, którego była ofiarą, a teraz jest sprawcą i przekazuje się na psychologiczny ostry dyżur do placówki opiekuńczo-wychowawczej. Możliwości zmiany funkcjonowania są małe, a praca będzie bardzo trudna. Niemożliwe do odzyskania są już stracone szanse i ważne dla rozwoju momenty.

Inna przykra refleksja jest taka, że ani bieda ani nieporządek nie są problemami rodziny zagrażającymi dziecku. Nawet jeśli takie powody umieszczenia dziecka w placówce, czy rodzinie zastępczej pojawią się w uzasadnieniu postanowienia Sądu, to z dużym prawdopodobieństwem można uznać, że były też inne trudności i problemy.

Z drugiej strony podejmowane są próby pozytywnego opisu sytuacji rodzinnej dziecka mające pewnie w zamiarze dbanie o jego interes. Ocenianie wpływu rodziców na dziecko w kategoriach otrzymywanych w szkole ocen, które niekoniecznie są wyrazem postępów w rozwoju poznawczym i intelektualnym, jest nierzetelne i nieprzydatne. Poza tym używanie ogólników, które nie mają jednego znaczenia, np. rezolutne i dobrze wychowane, nie służy dobru dziecka, bo nie mówi nic ważnego o dziecku i jego sytuacji. Są one warte tyle, ile inne ogólniki wyrażające krytyczne wobec rodziny stanowisko, które tak oburzają i bulwersują autorów tekstów o Róży. Dzieci nie tylko jedzą, noszą czyste ubrania i dostają trójki i czwórki w szkole. To nie są argumenty za pozostaniem dziecka w rodzinie, ani za odebraniem spod opieki rodziców.

Próbuje się także, w fałszywie rozumianej obronie dziecka, bagatelizować zagrożenia w środowisku rodzinnym uogólniając je i chcąc w ten sposób włączyć je w obszar akceptacji. To, że rodzice nie mają czasu dla dzieci jest zawsze niekorzystne. Fakt, że wielu rodziców zaniedbuje swoje dzieci nie znaczy, że to można akceptować. Argument, że coś jest powszechne, zatem powinno być akceptowane, jest szkodliwy, i nielogiczny.

Kolejną ważną sprawą są ograniczenia języka jakim mówimy o dziecku. Kodeks Rodzinny i inne przepisy, których przestrzeganie jest bezwzględnym warunkiem działania podejmowanego dla dobra dziecka są sformułowane często w sposób utrudniający właściwe działanie i opis. Uzasadnienia Sądów nie pozwalają czytającemu zobaczyć złożoności problemów rodziny i zrozumieć ich sensu oraz znaczenia dla funkcjonowania dzieci. Sąd posługuje się językiem sobie dostępnym. Czytać te uzasadnienia często trzeba wg klucza, a nie dosłownie.

Bywa też tak, że sporządzający opinie i piszący uzasadnienia nie zauważają zgubnych dla dziecka procesów z powodu własnych indywidualnych ograniczeń wynikających z frustracji, lęków, niedostatecznej wiedzy. Ze względu na powyższe spostrzegają sytuację dziecka jako inną niż jest ona w rzeczywistości. Używa się też niby eufemizmów, np. niedostateczna opieka ze strony matki czyli matka w ciągu alkoholowym pozostawia dzieci na kilka lub kilkanaście dni samym sobie, albo brak umiejętności wychowawczych, dziecko jest bite i kopane ponieważ ojciec nie może poradzić sobie z nadpobudliwością swojego syna wynikającą z mikrouszkodzeń w jego mózgu.

Są też inne, pozytywne (!), np.: rodzice zapewniają dzieciom realizację ich podstawowych potrzeb, czyli w domu jest zimna woda, załatwiają się do wiadra, jedzą chleb ze smażoną cebulą na zmianę z ziemniakami z tą samą cebulą.

Można rozważać jaki sens mają mieć te zabiegi językowe. Czy są realizacją fałszywego przekonania, że lepiej będzie dla dziecka, jeśli napisze się łagodniej? Czy może wynikają one z niemocy w radzeniu sobie z własnymi przeżyciami i odczuciami wobec cierpienia dzieci i pragnienia, by nazywając coś przykrego ładniej, sprawić, że takim się stanie.

Zdarza się, że osoby pracujące z dzieckiem pochodzącym z rodziny zagrożonej problemami, które ją przerastają, poczynając od kuratorów zawodowych, a kończąc na wychowawcach ze szkoły, nie posiadają wiedzy na temat mechanizmów funkcjonowania rodziny, nie znają charakterystyki wieku rozwojowego dziecka, a także nie znają prawidłowości dotyczących procesu zmiany w zależności od problemu. Posługują się pojęciami, które nie mają odniesienia do posiadanej przez nich wiedzy. Te stają się wtedy słowami bez znaczenia, z których nic nie wynika dla czytającego. Ich opinie bywają, mówiąc najładniej, przedmiotem szerokiej polemiki.

Spostrzeganie jest uzależnione od treści, które się posiada, a wartościowanie odnosi się do własnego systemu wartości. Profesjonalista potrafi się zdystansować, ale takich nie spotyka się często. Jeśli dla kogoś porządek jest nadrzędną wartością (jakkolwiek źle to brzmi i się kojarzy) to jego brak jest poważnym wykroczeniem. Z drugiej strony bywa też tak, że nie potrafiąc opisać trudności rodziny pisze się w raporcie, że jest bałagan.

By być rzetelnym należy zauważyć, ze organizacja pracy kuratorów, czy też pracowników socjalnych z ośrodków pomocy społecznej uniemożliwia dokonanie analizy sytuacji rodziny, która byłaby wartościowa dla określenia jej zasobów i deficytów oraz możliwości zmiany.

Kolejną trudnością jest realizowanie nieświadomie przez wspomnianych stereotypowej, często nazywanej tradycyjną, wizji rodziny, ról małżeńskich i sposobów wychowywania dzieci. Ta w polskiej tradycji zakłada akceptację przemocy we wszystkich rodzajach (tu warto zaznaczyć, że zaniedbanie to też przemoc) w hierarchii ojciec, matka, dzieci. W związku z tym przez długi czas nie widzą oni powodu by interweniować. Kiedy jednak wskaże się w jasny sposób, że takie zjawiska w rodzinie zagrażają dzieciom, a poza tym są łamaniem prawa, spotkać się można z rozłożeniem rąk i sztandarowym: no ale co my możemy zrobić.

Kiedy sprawa staje się tematem poruszanym w mediach, fachowcy od pomocy pojawiają się deklarując wzniośle troskę, świetną znajomość problemów rodziny, wskazują na już-mające-wejść-w-życie plany pomocy oraz stają murem za rodziną naprzeciw bezdusznym Onym. Być może główną motywacją jest obawa przez rozliczeniem za brak realizacji swoich zadań i dopuszczenie do tragedii. A może zachłyśnięcie szumem wokół sytuacji i możliwością powiedzenia przed kamerą frazesów w stylu wspomnianego: bo matka to zawsze matka.

Wyobrażam sobie równie intensywną burzę, gdyby okazało się, że wszyscy wiedzieli o problemach rodziny: i społeczność, i instytucje. Ale nie zrobiono nic. Pewnego dnia wydarza się któremuś z dzieci lub wszystkim coś złego. Jak można było do tego dopuścić? - pytano by w gazetach. A na forach internetowych szaleliby zwolennicy kary śmierci.

Sprawa Róży została potraktowana w mediach w najgorszy sposób w jaki mogły to zrobić. Wzbudzono wiele gniewu, oburzenia i litości. Wykorzystane do opisu zostały ogólniki i frazesy. Zabrakło dialogu. W zamian był nawał deklaracji bez pokrycia. A pod tym wszystkim czaił się lęk wypowiadających się osób przed konfrontacją się z faktem, że chodzi tu o życie malutkiej dziewczynki niczemu niewinnej i nie mającej obecnie najmniejszej intencjonalnej możliwości wpływu na to co się dzieje.

Potraktowanie rodziców zastępczych (komentarz p. Ewy Siedleckiej z 22.08.2009) jako chętnych na Różę; jest wobec nich bardzo niesprawiedliwe i krzywdzące. Brakuje osób gotowych pełnić tę trudną funkcję wobec dzieci, które na swojej biologicznej rodzinie się zawiodły. A taka forma opieki nad dziećmi odebranymi rodzicom daje najlepsze efekty. Określanie ich motywacji w taki sposób nie pomoże w zwiększaniu tej gotowości. A sugerowanie, że oni sądowi bardziej się podobają, też nie wydaje się na miejscu.

Niestety muszę się zgodzić ze słowami kuratora, że media nie znają wszystkich okoliczności sprawy. I nie powinny one zostać upublicznione.

Przykra jest też dla mnie inna refleksja, że często instytucje są jedynymi, na które może liczyć dziecko. Rzecznik Praw Dziecka powinien być aktywny w takich sprawach jak Róży. Zawsze. Często go brakuje. Szkoda, że tym razem jego działania znowu miały charakter akcji i wpisały się w szum wokół rodziny. Z kolei inicjatywy i zapowiedzi Rzecznika Praw Obywatelskich, kiedy wkroczył do gry, są standardowymi czynnościami realizowanymi w przypadku każdego dziecka umieszczonego w placówce opiekuńczo-wychowawczej i/lub rodzinie zastępczej. Od RPD i RPO dzieci mają prawo oczekiwać konsekwentnego profesjonalizmu.

Jako pracownik instytucji mający stale kontakt z innymi instytucjami, wszystkimi tymi, które biorą udział w szkodliwym dla małej Róży zamieszaniu, bliskie są mi interpretacje w kategoriach władzy i jej bezosobowego niszczącego wpływu na konkretnego człowieka, którego próbują dopasować do przepisów. Żeby się wyrwać z takiego obrazu świata, trzeba zrobić to czego władza nie robi. Zainteresować się dzieckiem z imieniem i twarzą. Profesjonalnie opisać jego sytuację i zaplanować zmianę, taką, która może zaistnieć. A później to zrobić.

Tym razem media, które uczestniczą w kształtowaniu mojego obrazu świata zawiodły mnie. Cieszę się, że nie dołączyłem do chóru. Cenię Państwa zaangażowanie i intensywność przeżyć. Wiele dzieci, które znam, chętnie by z nich skorzystały, byleby służyły im i ich dobru.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kto się wstydzi krzyża?

Pewnej nocy ktoś wywiercił dziury i przykręcił krzyże katolickie. A kolejnej ktoś ukradł krzyż prawosławny... Matka sołtysa wpada do izby i krzyczy: - LEPIEJ NIC IM NIE GADAĆ!

Dlaczego wierzę. Do Krzysztofa Vargi

Napisał pan, że wiara jest deską ratunku, ale nabitą gwoździami. Tak, można się na drodze wiary mocno poranić. Ale my, chrześcijanie, wierzymy, że u kresu tej drogi będzie na nas czekać coś wspaniałego