Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Łatwiej machnąć podpis, siedząc za biurkiem Śledzę tę sprawę od początku. Dla mnie - matki trójki dzieci - to nie do pojęcia. Lekarze i urzędnicy mają służyć ludziom swoją wiedzą i umiejętnościami, a nie jak "pan udzielny" decydować o życiu innych.
Nikt nie zastanowił się, zabierając dziecko od matki, jakie to będzie miało konsekwencje na przyszłość; zafundowano maleństwu koszmarny start w życiu. Wystarczy przejść się do Domu Małego Dziecka i tylko raz spojrzeć, a zobaczy się różnicę między dziećmi odebranymi rodzicom czy porzuconymi przez matki, a tymi, które są karmione piersią i słuchają jej głosu, oddechu i bicia serca. Nikt nie zastąpi tego - przy całym moim szacunku do instytucji "rodziny zastępczej", i ludzi, u których znalazła się Różyczka.
Nikt nie pomyślał, jak pomóc tej rodzinie, tylko "jak zrobić, żeby się nie narobić". Bo przecież, jeśli trzeba pomóc, to trzeba uruchomić ludzi, pofatygować się do domu kobiety, do sąsiadów, rodziny, porozmawiać - czyli "stracić czas" - łatwiej machnąć podpis, siedząc za biurkiem.
A swoją drogą znam rodzinę: rodzice wykształceni, średnio zamożni, trójka dzieci z czego najmłodsze dość żywe i "kolizyjne" (chłopczyk ma stale jakieś plastry i siniaki), bałagan w domu, blaty w kuchni aż się kleją i nikt nie odbiera rodzicom dzieci, żaden kurator ani nawet opieka społeczna się nie zainteresowała, że matka omija obowiązkowe szczepienia dużym łukiem.
A co do okaleczenia kobiety - to jest przestępstwo. Przecież w Polsce nawet organów do przeszczepu od zmarłego nie pobiera się bez zgody rodziny. Czy ten szpital to państwo w państwie, a lekarz może samowolnie decydować o czyimś życiu? Rozumiem, że kolejna ciąża mogła być zagrożeniem dla życia i zdrowia kobiety, ale to nie jest rodzina, w której co rok rodzi się dziecko - więc wystarczyło przeczekać połóg i porozmawiać z rodzicami.
Każdy musi pamiętać, że może kiedyś znaleźć się po drugiej stronie i wszystko jedno, czy to będzie skalpel w ręce lekarza (miejmy nadzieję dobrego), czy biurko jakiegoś urzędnika (miejmy nadzieję przychylnego nam) - traktujmy innych, jak sami chcielibyśmy być potraktowani. Zadajmy sobie trochę trudu.
Małgorzata Szymańska, Warszawa Przerwać tę krzywdę Z dużym poruszeniem i wyczekiwaniem na rychłe pomyślne zakończenie sprawy śledzę od początku historię małej Róży i jej rodziny. Chciałabym odnieść się do tego, jak diagnozowana jest matka dziecka jako osoba niezdolna do zajęcia się nim. Na poparcie tej tezy przytaczane są różne argumenty: a to, że leczyła się psychiatrycznie, że wyznała w trakcie rozmowy z psychologiem, że nie wie, czy będzie w stanie zajmować się dzieckiem, czy wreszcie, że po samym porodzie przejawiała niewielkie nim zainteresowanie. Sama matka - z tego, co wiemy - nie zrzekła się córeczki (a ma przecież taką możliwość), a w przytaczanych przez prasę wypowiedziach daje wyraz swojemu niezrozumieniu sytuacji i cierpieniu spowodowanym rozłąką z dzieckiem.
Historia leczenia psychiatrycznego nie stanowi o niezdolności do pełnienia roli rodzica, tylko w bardzo rzadkich przypadkach stan zdrowia psychicznego poważnie utrudnia czy uniemożliwia opiekę nad dzieckiem. Nawet wtedy jednak istnieją różne możliwości leczenia.
Co do zachowań matki dziecka po samym porodzie i jej wyznań podczas rozmowy z psychologiem - zarówno stan ciąży, jak i ten po urodzeniu dziecka to okres specyficzny, nie tylko w sensie fizjologicznym, ale również emocjonalnym. Normalnym zjawiskiem jest to, że kobiety przeżywają wtedy wiele obaw, wątpliwości, czasem zachowują się dziwnie czy mało zrozumiale. Zjawisko depresji poporodowej jest znane i w dużym stopniu społecznie akceptowane.
Naturalną reakcją na trudności przeżywane przez matkę jest raczej szukanie dla niej pomocy i wsparcia niż pomysły zabierania jej dziecka. Większość matek - jeśli z nimi szczerze porozmawiać - powiedziałaby o swoich "dziwnych" czy "mało macierzyńskich" uczuciach, myślach, zachowaniach, jakich doświadczały po porodzie, a często jeszcze przez jakiś czas.
Jeśli obraz pokazany przez media jest prawdziwy, historia Róży i jej rodziny budzi mój głęboki niepokój i sprzeciw. Krzywda emocjonalna, jakiej doznali wszyscy członkowie tej rodziny, jest nieodwracalna i głęboka. Jedyne, co można teraz zrobić, to jak najszybciej ją przerwać.
Anna Król-Kuczkowska, psycholog, psychoterapeuta, Poznań Urzędnik nie jest "panem" Istotą tej sprawy jest złamanie prawa przez urzędników, przedmiotowego potraktowania człowieka - jako nic nieznaczącej jednostki. Od 20 lat, od chwili odzyskania niepodległości i suwerenności, jako obywatele nie rozumiemy swoich praw, a to daje przyzwolenie na "uchybienia" ze strony urzędników. Ich samowolę. Na to jest jeden lek: odpowiedzialność. Urzędnik musi wiedzieć, że nie jest "panem", a jego praca to służba wobec innego człowieka. Wtedy tylko może wymagać szacunku dla swojego urzędu, pracy i siebie jako człowieka.
D. Druga strona medalu nie istnieje? Rozumiem te wszystkie zastrzeżenia odnośnie godności ludzkiej, samowoli lekarzy itd. Czy jednak bezmyślne produkowanie potomstwa przez ludzi niemogących zapewnić dzieciom odpowiednich warunków bytowych, wychowania i wykształcenia, a następnie obciążających kosztami ich utrzymania społeczeństwo nie budzi żadnych refleksji? Dość często, niestety, dzieci takie powiększają tylko tzw. margines społeczny, a i same cierpią nieszczęścia. Czy ta "druga strona medalu" nie istnieje?
BB Lekarze nie działali w złej wierze Nie dostrzegam żadnych powodów, aby uznać, że lekarze działali w złej wierze. Ocenili sytuację i w zgodzie ze składaną przysięgą postąpili w zgodzie z interesem pacjentki (tak, jak go rozumieli). Nie powinno się to odbywać bez jej zgody - racja. Ale w tym, co się stało, wielkiej tragedii nie widzę.
BE Wyżyli się na biednych ludziach Dlaczego nie sterylizuje się żon pijaków i meneli, które są katowane i gwałcone przez mężów i potem rodzą kolejne dzieci? Uważam, że zarówno sąd rodzinny, jak i lekarze w Szamotułach wyżyli się na bezbronnych i biednych ludziach. Menela by się zwyczajnie bali, może pociąłby kogoś brzytwą, a tak, proszę, pokazali, jak świetnie działa sprawiedliwość.
G. Przepraszam panią Wiolettę Do tej pory wielu ludzi było przerażonych ignorancją tych, którzy decydowali o losie dziecka i tej rodziny. I co to przerażenie zmieniło - NIC. Sąd wyższej instancji poparł poprzedni wyrok - odebrał małą Różę rodzicom, a teraz jeszcze sterylizacja.
To nie pierwszy raz w całkiem nowożytnej historii świata, kiedy poniża się i degraduje słabszych. W Europie wiele lat temu Szwecja sterylizowała pacjentów oddziałów psychiatrycznych (niezależnie od potwierdzenia ich diagnozy i od tego, że nie wiedziano, czy choroba obciąży potomstwo), tak dla oczyszczenia rasy. W Kanadzie bez pytania odbierano indiańskie dzieci rodzicom i oddawano do adopcji - tak dla lepszej integracji. Teraz przeprasza się ofiary, tylko już nic nie można dla nich zrobić.
W Chinach i Indiach zabija się "nierentowne" dziewczynki, bo nic nie wniosą do rodziny oprócz wydatków związanych z zamążpójściem. Myślałam zawsze, że te przerażające historie są ze świata, który nas nie dotyka. Przepraszam panią Violettę i Różę i marzę, że odnajdą radość życia.
J.L. Najsmutniejsza ta pogarda... Tragedia i skandal. Od początku: bo odebrano dziecko karmiącej matce. Nawet w więzieniach się tego nie robi. Są tam specjalne oddziały, gdzie matka przebywa z dzieckiem. A teraz okazuje się, że wykonano sterylizację, choć nie było zagrożenia życia. Zróbmy coś, organizacje kobiece, sądy, RPO... Tu jest EUROPA, rok 2009! Najsmutniejsza jest w tym wszystkim pogarda dla niezaradnego i niewykształconego człowieka.
K.D.