Kiedy następowała konsolidacja naszych wojsk w Afganistanie (do bazy Ghazni) logistycy z NSE (National Support Element - często rozwijany przez żołnierzy jako Non-Supportive Element) wyczarterował od Ukraińców samoloty An-124 Rusłan za 300 000 EUR, aby z Polski przewieźć tony starych wojskowych łóżek. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że: łóżka mogłyby raczej stanąć w muzeum (wiele pamięta jeszcze lata stalinowskie ) i ważą bardzo wiele, są niewygodne i koszt ich transportu był zupełnie bezsensowny, gdyż równie dobrze można było nabyć materace na lokalnym rynku i sprowadzić tylko (również z lokalnego rynku) drewno, aby pozbijać ramy - tak zrobili nasi amerykańscy sojusznicy, więc nawet nie trzeba było kreatywności ze strony urzędników MON i żołnierzy NSE. Nie muszę wspominać, iż koszt zakupu na lokalnym rynku z całą pewnością byłby dużo niższy. Mam tylko nadzieję, że nikt tego złomu nie będzie z powrotem do kraju woził za moje pieniądze (z podatków).
W Afganistanie, wg służących tam żołnierzy, dużo łatwiej jest dostać nową drukarkę, niż toner (lub tusz) do niej. Podobno w ramach IV zmiany notorycznie cierpiano z powodu braku możliwości drukowania (a nawet w Afganistanie wojskowa biurokracja zmusza żołnierzy do tworzenia ton różnorakich dokumentów - począwszy od rozkazów, skończywszy na raportach i notatkach służbowych), gdy już przyszły zamówione (jeszcze przez poprzednią zmianę!) tonery okazało się, że nie pasują do używanych na miejscu drukarek.
Obieg dokumentów związanych z zamówieniem czegokolwiek (począwszy od amunicji, skończywszy na materiałach biurowych) jest drogą przez mękę. Aby dokument z zapotrzebowaniem przedarł się przez machinę biurokratyczną w najlepszym razie potrzeba dwóch miesięcy. W najlepszym, bo gdy na bardzo długiej drodze nagle okaże się, że jakiś major/podpułkownik/pułkownik/urzędnik (niepotrzebne skreślić) będzie chciał uszczegółowienia, bądź szerszego uzasadnienia po co potrzebne są 3 a nie 2 długopisy na realizację zapotrzebowania można czekać aż do końca zmiany (albo i dłużej - vide przykład tonerów do drukarek).
Nikt w NSE nie pomyślał, że większość baz w Afganistanie wybudowali Amerykanie. A to spowodowało, że w sieci elektrycznej jest napięcie 110V, a nie tak jak W Polsce 230V. Większość sprzętu wprawdzie działa w zakresie napięcia 100-250V (np. laptopy) i aby działał wystarczy jedynie przejściówka do wtyczki, jednak sprzęt bardziej "prądożerny" (typu pralki, drukarki, kserokopiarki, zaawansowany sprzęt komputerowy związany z łącznością itp.) wymaga 230V. Niezbędne są zatem przetwornice napięcia (bądź transformatory) - tych jednak brak. Co więcej - jak już dojdzie zamówiony wiele miesięcy wcześniej sprzęt, nagle okazuje się, że nie działa, bo właśnie nie ma przetwornicy. Oczywiście żołnierz potrafi i najczęściej znajdują się przetwornice (kupione za własne pieniądze żołnierzy!).
Sprzęt niedostosowany do potrzeb. Na szczęście historie Wóz Ewakuacji Medycznej "Ryś" (który więcej czasu spędził w warsztacie i na holu, aniżeli 'w boju') i użytkowanych przez Żandarmerię Wojskową "Dzików" (które wywracały się na pierwszych wybojach) zakończyły się ewakuacją tego sprzętu do kraju (oba pojazdy, o ile się nie mylę, produkowane są przez AMZ Kutno), jednak jak podkreślają wszyscy brakuje śmigłowców bojowych z prawdziwego zdarzenia. Wysłużone MI-24 (które Afgańczykom raczej kojarzą się z agresją sowiecką, a nie siłami NATO) w prowincji Ghazni w ogóle się nie sprawdzają. Po pierwsze nie mogą operować z bazy Warrior (z której operuje Zgrupowanie Bojowe B) - brakuje tam bowiem pasa startowego (a naszym logistykom z NSE raczej nie spieszy się, żeby go zrobić) - MI-24 w warunkach prowincji Ghazni potrzebują kilkusetmetrowego pasa startowego, inaczej nie wzniosą się w powietrze (są za ciężkie, a powietrze jest zbyt rzadkie na tej wysokości). I co najgorsze - nie mogą udzielać wsparcia wszędzie, gdyż nie latają na niektórych wysokościach.
Warto też podkreślić fakt braku odpowiedniej ilości pojazdów, którymi mogliby poruszać się nasi żołnierze. Praktycznie wyłączono z użytków pojazdy typu Hummer (HMMWV), co sprawiło, że żołnierze zmuszeni są do patroli pieszych, albo do siedzenia w bazie. Zarówno Rosomaki jak i Cougary nie nadają się do wykonywania wszystkich zadań - np. nie przejadą przez wąskie uliczki w terenie zabudowanym. Jeżeli żołnierze mają do załatwienia w mieście jakąś sprawę służbową muszą zostawiać pojazdy, często w dużej odległości i iść pieszo bez jakiejkolwiek osłony pancerza pojazdów (że o sile ognia nie wspomnę).
Brakuje więc również lekkich pojazdów opancerzonych. Wysłanie zatem dodatkowych żołnierzy (którzy będą kosztowali budżet całkiem sporo), bez zapewnienia im możliwości działania jest więc czystym marnotrawstwem publicznych pieniędzy. Oczywiście z punktu widzenia żołnierzy jest to najlepsze rozwiązanie - pojadą na misję, nie będą narażać życia, a procenty do emerytury i całkiem pokaźna pensja będą leciały W przypadku wysłania nowych żołnierzy warto również rozważyć problem braku miejsc noclegowych w bazie - znowu kłania się logistyka, która zupełnie nie jest przygotowana na tego typu decyzje.
Najbardziej przykre jest, że te sprawy przez żołnierzy nie zostały pozostawione samym sobie. Napisano odpowiednie pisma, do odpowiednich ludzi. Jednak w wojsku nie istnieje (?) obowiązek udzielania odpowiedzi na te pisma i wiele z nich trafiło zapewne do archiwum, bez jakiejkolwiek reakcji. Bez zaangażowania mediów w wojsku nic się nie zmieni i dalej będziemy konserwowali ten jeden z ostatnich skansenów PRL-u.