http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Lipna uczelnia? AHE jest OK.!

Listy czytelników
2009-08-06, ostatnia aktualizacja 2009-09-08 14:54

Cały czas napływają listy od czytelników, którzy stają w obronie Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi. Część z nich publikujemy poniżej. Wielu pisze o kolejnych aspektach i nieprawidłowościach w działalności szkoły - te sprawdzamy.

 0,58MB
0,58MB
Przeczytaj artykuł Największa lipna uczelnia w Polsce

Listy, które pokazują drugą stronę medalu: Hucpa, bezczelność i żerowanie na państwowych uczelniach; Ta uczelnia jest chora; inne listy

List studentki z Koszalina (JPG)

W Łodzi poziom jest bardzo wysoki

Miałam nie zabierać głosu w tej sprawie, tylko spokojnie śledzić przebieg wydarzeń. Jednak niektóre wypowiedzi dziennikarzy i internatów skłoniły mnie do napisania maila do redakcji. Jestem z pewnością ciekawym przypadkiem, ponieważ ukończyłam studia magisterskie na UŁ, studia licencjackie na UŁ, kończę także podyplomowe na UŁ. Na WSHE ukończyłam studia podyplomowe, kończę licencjackie oraz magisterskie, a więc wiele lat spędziłam na kształceniu i rozwijaniu siebie.

I taka refleksja: nie wiem jaka sytuacja panuje w wydziałach zamiejscowych, wiem natomiast, że w Łodzi dla tych, którzy chcą się uczyć uczelnia oferuje bardzo wysoki poziom kształcenia, często niestety dużo wyższy od tego, co może zaoferować UŁ. Do tego rewelacyjnie wyposażona Biblioteka, sprawnie funkcjonująca administracja i generalnie student traktowany jak człowiek, a nie jak zło konieczne. Wiem o czym pisze, znam kolejki przed dziekanatami na UŁ. Po odbiór dyplomu magisterskiego przychodziłam 6 razy! Oczywiście czasy się zmieniły, ale z tego co słyszę od znajomych sposób traktowania studenta na UŁ tylko odrobinę. Chciałam zauważyć, że za kierunki zaoczne UŁ również pobiera niemałe opłaty.

Jeśli piszą Państwo o AHE, proszę pisać rzetelnie i zgodnie ze stanem faktycznym, oczywiście wskazać na nieprawidłowości i łamanie prawa, ale także pokazać, to z czego uczelnia może być dumna. Życzę większej wnikliwości przy "opracowywaniu" tematów. Świątek Jadwiga

Pracuję jak w uczelni państwowej

Jestem pracownikiem etatowym AHE w Łodzi od kilku lat. Posiadam tytuł doktora i pracuję w tej uczelni na drugim etacie. Moim pierwszym jest wyższa uczelnia państwowa. Obserwuję i czytam wszystko co w ostatnim czasie pojawia się na temat AHE. Podzielę się z Państwem moją opinią na temat tej uczelni. Prowadzę zajęcia w miejscowościach, w których uczelnia prowadzi tzw. punkty rekrutacyjno-konsultacyjne. Przez wiele lat pracy w tej uczelni nie spotkałam się z niczym co świadczyłoby o tym, że zajęcia i nauka w tej szkole to fikcja. Osobiście traktuję tę pracę dokładnie tak samo odpowiedzialnie, jak tę wykonywaną w uczelni państwowej, przeprowadzam egzaminy i wymagam od studentów posiadania wiedzy niezbędnej do uzyskania zaliczenia i zdania egzaminu. Nigdy nie spotkałam się z jakimkolwiek naciskiem ze strony władz uczelni, aby obniżyć wymagania w stosunku do studentów. Uczelnia rozlicza mnie z wykonywanej pracy - corocznie muszę przedstawić mój dorobek naukowy, który jak sądzę w jakimś stopniu wpływa na utrzymanie tej pracy. Jako obserwator mogę powiedzieć, iż podobnie postępowali inni zatrudnieni w tej uczelni. AHE w Łodzi w mojej opinii niczym negatywnym nie odbiega od pozostałych uczelni, w tym również państwowych. Poziom prac zarówno licencjackich, jak i magisterskich nie odstaje in minus od tych bronionych w uczelniach państwowych. Według mojej oceny wszystko - zarówno poziom zajęć, jak też promowanych prac jest, jak w każdej uczelni, pochodną wymagań i indywidualnego podejścia do pracy samego prowadzącego, a nie faktu czy jest to praca dla uczelni państwowej czy prywatnej. Lidia Włodarska-Zoła

Skok na kasę póki się da

Opisywany casus jest dowodem na poparcie tezy, że czas już najwyższy byśmy uświadomili sobie, że szkoły niepubliczne są swoistą formą działalności gospodarczej, która ma przynieść właścicielowi (założycielowi) zysk, często bez względu na interes społeczny, czyli jakość kształcenia. Bywa, że są to kolejne przedsięwzięcia biznesowe założyciela (gdy poprzednie, jak np. handel makulaturą, kursy dla ochroniarzy, hodowla pieczarek, itp nie dały oczekiwanych zysków).

Prowadząc szkoły wyższe - bywa, że będąc samemu bez matury - nie mają należytego szacunku wobec wiedzy naukowej i procesu kształcenia (bo przecież oni doszli do pieniędzy bez tytułów profesorskich). Słysząc, że na polskich uczelniach królują relacje feudalne widzą w tym usprawiedliwienie dla swojego bezceremonialnego traktowania profesora, doktora czy studenta.

Często, za nic sobie mają greko-łacińską tradycję szkoły wyższej z jej wolnością myśli i słowa czy odwagą i odpowiedzialnością nauczyciela akademickiego w jego dociekaniu prawdy. Zasada maksymalizacji zysku doprowadza do sprzedawania dyplomów każdemu, kto za to zapłaci. Dzieje się tak, bo znajdują posłusznych ich biznesowym strategiom nauczycieli akademickich - profesorów, którzy mają ostatnią okazję zarobić duże pieniądze przed i na emeryturze, doktorów i magistrów, dla których bywa to jedyną szansą na zatrudnienie w szkole wyższej, studentów - potrzebujących dyplomu (tylko niektórzy bowiem formułują świadomie potrzebę wiedzy i umiejętności).

I chyba nie można tych założycieli-właścicieli za to winić. Prowadzą swoją uczelnię - firmę tak, jak my im na to pozwalamy. My - państwo i społeczeństwo. Szukają zysku tam, gdzie pojawia się popyt na usługę, z zaspokojeniem której nie radzi sobie państwo z całą setką uczelni państwowych. Uczelni, które ukształtowały swoje procedury (kształcenia, relacje profesor-asystent i nauczyciel-student oraz administracyjną obsługę studenta) w wyniku niekorzystnych dla polskich uczelni przemian lat pięćdziesiątych czy końca lat sześćdziesiątych.

Odpowiedzią na rozwój gospodarczy pod koniec ostatniej dekady XX w. była wielka fala studiujących oraz rozkwit uczelni niepublicznych (obecnie jest ich ok. 300), które skonsumowały nawis edukacyjny za ostatnich trzydzieści lat (czytaj: wydały dyplomy tym, którzy często nie sprostali wymaganiom systemu kształcenia na poziomie szkoły wyższej w tym okresie). Dzisiaj sytuacja zaczyna wyglądać zgoła inaczej. Popyt na usługę edukacyjną staje się zależny od procesów gospodarczych i demograficznych. A te, są raczej niekorzystne.

Nasza gospodarka nie generuje wystarczająco silnego popytu na wiedzę. W najbliższej dekadzie nastąpi ponadto prawie dwukrotny spadek populacji dwudziestolatków. A to oznacza, że praktycznie wszyscy chętni znajdą swoje miejsce w uczelniach państwowych. Świadomość tego może rodzić wśród właścicieli-założycieli szkół wyższych szereg strategii biznesowych: od "skoku na kasę póki się da" z przejściem za kilka lat w inny obiecujący wówczas sektor gospodarki po inwestowanie w rozwój uczelni i jakość kształcenia, w celu wygenerowania rozsądnej alternatywy dla skostniałych szkół państwowych.

W pierwszym przypadku zapłacimy za to wszyscy i to po wielokroć (chociażby pojawieniem się na rynku pracy dużej liczby dyplomów będących odpowiednikiem np. dzisiejszych tzw. "obligacji śmieciowych") a jedyną korzyść odniosą niewątpliwi beneficjanci tego procederu: właściciele i wyższa kadra profesorska tych uczelni.

W drugim - pojawią się uczelnie elitarne, kształcące na poziomie wyższym niż uczelnie państwowe. Będą drogie i dla nielicznych. Mogą one stać się motorem postępu cywilizacyjnego jakiego nie gwarantują nam dzisiaj szkoły państwowe. Dobrze by było, gdyby nasi politycy (gotowi wysyłać kontrolę na UJ w celu sprawdzenia poprawności procesu edukacyjnego, który wypromował mgra niepochlebnie piszącego o byłym prezydencie), byli w stanie uruchomić procesy, które wyrwą szkoły państwowe z okowów nienowoczesnych systemów kształcenia, postfeudalnych i obraźliwych relacji międzyludzkich (jakichś jaskiniowych "zasad dziobania" co by to nie oznaczało, czy "fuksówki" w szkołach teatralnych na wzór wojskowej "fali") czy też prozaicznego zacofania technologicznego pracowni. Rozwój uczelni niepublicznych leży w interesie nas wszystkich. I nie chodzi tu o ich liczbę, bo mamy ich więcej niż inne kraje UE razem wzięte, a nawet więcej niż Chiny. Potrzebujemy bowiem dobrego prawa o szkolnictwie wyższym i dobrej jego egzekucji, również wobec szkól niepublicznych.

Uczelnie państwowe są lustrem, w którym odbija się nasze państwo, jego klasa polityczna i urżędnicy. Uczelnie niepubliczne to lusterko, w którym przegląda się całe nasze społeczeństwo. Marcin Molan

  • 118 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':