http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie chodzi o habilitację, ale o model kariery naukowej w Polsce

Jan Woleński, prof. zw. w Instytucie Filozofii UJ
2009-08-04, ostatnia aktualizacja 2009-08-04 17:50

Opowiadają, że Manfred Eigen, niemiecki biofizyk, laureat nagrody Nobla w 1967, nie został profesorem, bodaj uniwersytetu w Hanowerze, ponieważ nie miał habilitacji. Dziekan go rekomendował jako noblistę, ale jakiś konserwatywny profesor uznał, że to nie wystarcza, bo habilitacja jest potrzebna; miejscowa rada wydziału podzieliła stanowisko konserwatysty.

U nas dopiero ostatnio profesorowie zagranicznych uniwersytetów, nie mający habilitacji, dlatego że nie jest wymagana, mogą recenzować prace doktorskie i habilitacyjne. Przez lata rygorystycznie interpretowano nasze prawo, które od recenzenta w przewodzie doktorskim czy habilitacyjnym wymagało posiadania stopnia dr hab. Oba te przypadki zdają się potwierdzać tezy S. Karpińskiego z artykułu "Profesor bez namaszczenia" (GW, 15 VII 2009), że winny liczyć się osiągnięcia, a nie formalne certyfikaty kwalifikacji naukowych.

Podzielam też krytykę pragmatyki służbowej, wedle której osoba o wybitnych i uznanych osiągnięciach naukowych nie może zostać profesorem w trybie normalnym (pomijam przy tym sprawę nepotyzmu, też poruszoną przez Karpińskiego). Myślę jednak, że problem nie sprowadza się do habilitacji. Model kariery naukowej w Polsce jest bowiem taki, że dostatecznie długie oczekiwanie zapewnia profesurę, praktycznie każdemu, kto jest wystarczająco cierpliwy. W ten sposób mamy prawdziwą inflację profesorów tytularnych, podobnie uczelnianych. I jest tak jak w obiegu pieniężnym. Inflacja profesorów powoduje obniżenie ich wartości. Działa także coś w rodzaju prawa Greshama-Kopernika, mianowicie gorsi profesorowie wypierają lepszych. Powód jest bardzo prosty. Coraz więcej osób robi habilitację, ponieważ to daje stabilizację na uczelni i ciśnienie na objęcie stanowisk profesorskich jest coraz większe. Niezależnie od tego, masowość uzyskanych habilitacji powoduje zjawiska inflacyjne także i w populacji doktorów habilitowanych.

Łatwo zauważyć, że zniesienie habilitacji niczego nie zmieni w obecnej sytuacji, a można przewidywać, że nawet pogorszy i tak złą sytuację. Nic też nie dadzą ciągle powtarzane apele o zaostrzenie kryteriów przy nadawaniu doktoratów, także z habilitacją. Prawidłowości statystyczne są nieubłagane i nie można ich przezwyciężyć apelami moralnymi.

Mamy tego zresztą dość klarowny przykład w tym względzie. Zniesienie instytucji superrecenzenta w przewodzie habilitacyjnym spowodowało wzrost liczby habilitacji o bodaj 30 proc. i spadek odrzuconych o kilkanaście procent, a to bardzo niedobrze, a z jakością będzie jeszcze gorzej bez habilitacji.

Główny problem polega moim zdaniem na tym, że rozwój kariery akademickiej w Polsce przebiega w warunkach cieplarnianych z wyłączeniem konkurencyjności i rywalizacji, a zaznacza się to tym bardziej, im rzecz dotyczy wyższego szczebla. Najostrzejsza rywalizacja ma miejsce na poziomie studiów doktoranckich, gdzie zawsze jest znacznie więcej kandydatów niż miejsc.

Inne stanowiska są wprawdzie obsadzane drogą konkursów, ale są to fikcje. Czasem zdarza się, że na konkurs na adiunkta zgłasza się więcej niż jeden kandydat (przeważnie nie więcej niż dwóch), ale nie są to przypadki częste. Znam tylko jeden przykład konkursu profesorskiego w obrębie filozofii, na który wpłynęły dwa podania. Na ogół jest tak (np. na posiedzeniu Senatu), że dziekan referuje wniosek o otwarcie konkursu i kończy go sakramentalnym stwierdzeniem: "Jest kandydat na stanowisko profesora." W domyśle, znaczy to, że owa osoba już pracuje w danej uczelni. A nie ma żadnej konkurencji w profesorach tytularnych. Koło się zamyka, bo przecież nie uchodzi, by profesor "belwederski" nie był profesorem zwyczajnym.

Czy jest jakaś rada na to? Owszem, i to bardzo prosta. Trzeba rozrzedzić tzw. samodzielną kadrę naukową i stworzyć warunki dla konkurencyjności i rywalizacji. Jest to możliwe drogą etatyzacji, np. przyjmując regułę, że w instytucie filozofii może być tylko tylu a tylu filozofów, np. czterech czy sześciu (liczba jest do dyskusji rzecz jasna). A co z resztą?

Otóż, na początku lat dziewięćdziesiątych pojawiła się zupełnie wyjątkowa szansa rozrzedzenia kadry, a stworzył ją rozwój uczelni prywatnych. Niestety nie skorzystano z tego. Szkoły prywatne nie dysponują własnym potencjałem naukowo-dydaktycznym i zatrudniają ludzi na tzw. drugich etatach. Zdumiewa brak socjologicznej wyobraźni u tych, którzy układali nową ustawę o szkolnictwie wyższym i prawo o stopniach i tytułach naukowych i nie dostrzegli, że rozwiązanie jest proste. Rozrzedzenie kadry umożliwiłoby też podniesienie uposażeń naukowców, bo zmniejszenie zatrudnienia zwolniłoby środki dla tych, którzy pozostają.

Gdy pojawią się rzeczywiste konkursy, to automatycznie zmieni się nastawienie recenzentów. Wskazanie, że osoba X zasługuje na stanowisko, nie wymaga bowiem pisania negatywów o jej konkurentach, ale zakłada, że walory X-a są wyżej ocenione niż rywali. W sytuacji konkurencyjności i rzeczywistej rywalizacji można by myśleć o rezygnacji z habilitacji, a także z odróżniania stanowiska i tytułu profesorskiego. Propozycja profesury bez habilitacji jako normy z zachowaniem nieograniczoności stanowisk liczby stanowisk profesorskich nie tylko zachowa, ale zwiększy inflacyjnogenną strukturę środowiska naukowego, co doprowadzi do jeszcze większego kryzysu.

  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':