Listy w obronie AHE
czytaj tu Jesteś studentem, wykładowcą? Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Łódzki dodatek "Gazety " często pisał o tej uczelni - a to przy okazji konkursu na "rzut beretem", a to o szyciu największej flagi Unii Europejskiej, a to o rozmaitych wystawach i manifestacjach, a to o ośrodkach zagranicznych - kiedy inne łódzkie uczelnie państwowe musiały płacić za każdą o sobie informację, Akademia miała promocję za darmo, bo"ta uczelnia potrafi się wspaniale promować". Uczelnia zresztą wiedziała kiedy i kogo zatrudniać (casus profesor Zybertowicz; albo pytanie za 10 punktów: Którą uczelnię w Łodzi zaszczycił swoją obecnością prezydent Kaczyński?)?
Teraz "twarzą" Akademii jest prof. Nowakowski, który dopiero co bezskutecznie - jako pracownik UŁ - kandydował na stanowisko Rektora właśnie w UŁ. Teraz jest Rektorem Akademii (nie mam pojęcia jak to się stało, kto go mianował, i jakie tam obowiązują w tym względzie procedury). Pewnie dowiemy się, że - co prawda - Senat, że tamto i owo. A trzeba powiedzieć, że na ogół w uczelniach niepublicznych te ważne instytucje demokracji mają charakter wsi potiomkinowskich. Władza tam jest również jednoosobowa i absolutna (bo nie ma żadnych związków zawodowych, ani innych instytucji przedstawicielskich), a zebrania senatorów, czy członków rad wydziału zapewne są półprywatnymi (ale oczywiście z protokołami i całą procedurą) spotkaniami przy kawie, gdzie informuje się - a nie ustala wspólnie - o sprawach bieżących.
Obecny Rektor, od kilku miesięcy zresztą, w wywiadzie dla Polska Times (łódzkiej edycji) bajał o zemście konkurencji, która podcina skrzydła świetnej uczelni. A sam - zdaje się - wciąż pracuje na etacie w UŁ i pod bokiem tworzy konkurencje dla tej Uczelni pracując w Akademii! Etyka zawodowa, lojalność?!
Jednak ta jednoosobowa władza w Akademii w Łodzi to nie rektor, a kanclerz uczelni i jej właściciel, albo główny współwłaściciel (zajmował się nim swego czasu tygodnik Urbana "Nie"). Po doktoracie - to też rzecz do weryfikacji, gdzie, u kogo, na jaki temat - kanclerz zrobił siebie profesorem nadzwyczajnym swojej uczelni.
Jak
szkoła ta uzyskała status Akademii - Bóg raczy wiedzieć. Jak przebrnęła rozmaite komisje ? Też nie wiadomo, natomiast wiadomo, że komisje na ogół weryfikują papiery i dokumenty, zatem te można dobrze przygotować i na tej podstawie były powody do pozytywnych ocen. Bo rzeczywistość tam skrzeczy.
Warto porozmawiać z byłymi pracownikami, obecni nie będą źle mówić. bo tam zarabiają na masełko do chleba. Są prawdziwymi nauczycielami na macierzystych uczelniach.
Dla studentów, tych bez chęci do prawdziwego studiowania, takie uczelnie to dar boski. Zapłacą i nic więcej ich nie obchodzi, już struktury tej uczelni, dbając o comiesięczne wpłaty, zadbają, aby nikomu nie stała się krzywda. Chodzą - nie chodzą, uczą się - nie uczą. Nawet jeśli znajdzie się jakiś bardziej wymagający wykładowca, to dziekan (w obronie opłat) za niego zdecyduje o zaliczeniach i egzaminach.
Władze ministerialne są wyrozumiałe, bo mogą się pochwalić jak wspaniale wzrosły statystyki ludzi kształcących się w demokratycznej Polsce. I tak ta piętrowa hipokryzja olbrzymieje. W dodatku uczelnie niepubliczne domagają się równego traktowania w podziale pieniędzy z uczelniami państwowymi!
To jest hucpa i bezczelność, granie na niewiedzy społeczeństwa i także prasy (dziennikarze często takim apelom wtórują!). U prywaciarzy trzeba za wszystko zapłacić, od wpisowego, po opłatę za egzamin i dyplom magisterski. A kadrę nauczającą mają za pół darmo (inny jest też sposób wydawania i rozliczania się z pieniędzy, nie tak drobiazgowy i zgodny z wszelkimi przepisami obowiązującymi w instytucjach państwowych). Więc to szkoły prywatne powinny zwracać państwowym za kształcenie kadry, za jej stopnie naukowe, za urlopy naukowe i stypendia uzyskiwane w uczelniach państwowych. Za granty ministerialne, za doświadczenie dydaktyczne wypracowane w uczelniach państwowych itp.
Za permanentne żerowanie na uczelniach państwowych, na ich dorobku kadrze, bibliotekach, badaniach i kontaktach międzynarodowych. Swoją drogą nie wiadomo, co dzieje się z zarobionymi przez te rozmaite akademie i wyższe szkoły pieniędzmi? Funduje się stypendia? Może po kilka, żeby móc co ogłaszać w promocjach i reklamach.
Już nie piszę o programach studiów, o minimach i standardach ministerialnych, o potrzebie odpowiednio przygotowanej kadry, o licencjatach i magisteriach, kto spełnia opiekę promotorską nad tymi setkami dyplomów? (zresztą w tekście "Gazety" - była o tym mowa).
Cieszę się, że moja "Gazeta" wreszcie zabrała się za te bagienne przestrzenie. Sam przed laty - przez kilka lat pracowałem w uczelni prywatnej (zresztą w pionierskich latach nie było najgorzej) - nie w Łodzi - bo musiałem. Teraz nie muszę. I jestem szczęśliwy z tego powodu.
Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>