Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Artykuł
"Pociąg do oszczędności" o rządowym pomyśle zniesienia ulg komunikacyjnych dla "bogatych studentów" wywołał lawinę listów.
Pojęcie "zamożnego studenta" jest kuriozalne, o czym wiedzą ci wszyscy, którzy jakoś muszą sobie radzić z takimi wydatkami jak wynajęcie
mieszkania (ceny najmu do niskich nie należą), z utrzymaniem w mieście, czy z zakupem książek akademickich.
Jeśli chodzi o to ostatnie, to jakiś czas temu jeden z prowadzących z nami zajęcia stwierdził, że możemy przez dwa tygodnie nie jeść obiadu, ale jego książkę kupić MUSIMY. Na te książki nie daje nam Państwo, wykładamy ze swoich kieszeni. Biblioteki mają ograniczony zasób, a samo kserowanie, jako że na kserze uczelnia też oszczędza jak się da, pochłania niewyobrażalne ilości pieniędzy.
Ktoś powie: biedny student, to dostaje stypendium socjalne. A jak wygląda to w praktyce? Osoba, której jedynym dochodem jest renta rodzinna, bez wsparcia finansowego ze strony rodziców, których nie posiada, takiego stypendium nie otrzymuje, ponieważ przekracza dochód na jedną osobę w rodzinie o kilka złotych. Za to stypendium dostają ci, których było stać na to, aby wyjechać za granicę i tam pracować nielegalnie, którzy mają rodziców i wsparcie, mają od kogo pożyczyć. Oto Polska właśnie, można rzec.
I myślę, że podobnie będzie ze zniżkami. Ktoś, kto przekracza próg o kilka złotych, chociaż nie ma wsparcia ze strony rodziców, zniżek mieć nie będzie, bo przecież należy do grona zamożnych studentów. Zastanawiające jest jak sprawdzą, kto ma jaki dochód i na jakiej podstawie pani w kasie wyda ulgowy bilet, jak o taką ulgę będzie można się starać, co gdy ktoś straci pracę albo dojdzie do waloryzacji rent i emerytur? Przecież zarządzanie tym wszystkim to też koszta i duże pole do przekrętów dla tych, którzy są w tym dobrzy.
Kto więc jak zwykle ucierpi na genialnych pomysłach posłów? Ci najbiedniejsi. Może więc warto byłoby, aby posłowie Platformy wrócili do szkoły i zdali sobie sprawę z tego, że rzeczywistość na uczelniach nie jest taka kolorowa jak to kiedyś bywało. Studia są dużym wydatkiem, a "darmowe" to tylko mit. Za darmo nic nie ma.
A wakacje? No cóż, zamożnego studenta stać na samochód i nie musi się tłuc spóźniającymi się, super szybkimi pociągami. W końcu kogo bawi kilkudniowa jazda z jednego krańca polski na drugi, czy choćby w porywach ośmiogodzinna podróż z Poznania do Krakowa. Taki "luksus" to powinien być za darmo.
Summa summarum, jeśli to wejdzie w życie, Platforma może stracić coś więcej ponad te kilkaset milionów złotych - dotąd najbardziej aktywny i wierny elektorat. Czy więc warto?