http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gdzie nie ma pieniędzy, nie ma postępu i rozwoju - list

Wiesław Skwarski
2009-07-20, ostatnia aktualizacja 2009-07-20 15:35

Zanim oceni się, czy prof. Stanisław Karpiński słusznie krytykuje polskie uczelnie i naukowców, warto zastanowić się nad sprawami, decydującymi zarówno o dzisiejszej kondycji, jak i przyszłych możliwościach nauki polskiej.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Rozmowa z prof. Stanisławem Karpińskim "Profesor bez namaszczenia"

Zacznijmy od rzeczy najważniejszej, a więc od pieniędzy, a właściwie ich braku. Wiadomo, że jeśli chce się osiągnąć coś nowego i twórczego w naukach technicznych i eksperymentalnych (w tym w biotechnologii), to trzeba najpierw zainwestować w ośrodki badawcze i laboratoria, a także w kadrę naukową, zarówno tę już istniejącą, stwarzając specjalistom możliwości kontynuacji badań i dalszego rozwoju intelektualnego, jak i tę przyszłą, organizując prężnie działające i otwarte na współpracę z zagranicą ośrodki akademickie. Aby jednak zainwestować pieniądze, to trzeba mieć zapewniony ich dopływ, i to ze stałego, pewnego źródła. W krajach bardziej niż Polska zaangażowanych w rozwój badań naukowych, takim stabilnym źródłem dochodów są środki (np. dotacje) ze strony firm, korporacji, związków branżowych, a więc różnych organizacji gospodarczych, zainteresowanych rozwojem innowacyjności, gdyż wdrożenie efektów tych badań (odkryć, wynalazków, nowości technologicznych i organizacyjnych) przekłada się na sukcesy rynkowe.

Polska koncepcja prywatyzacji zakładająca sprzedaż naszych zakładów międzynarodowym korporacjom, praktycznie pozbawiła rodzimą naukę dopływu pieniędzy z tych źródeł, co gorsza, likwidując większość branżowych ośrodków badawczych, gdzie można było sprawdzać wyniki badań w praktyce. Zagraniczne firmy, przejmując nasz przemysł zaczynały od likwidacji biur projektowych (itp. placówek), uważając je za zbędny balast, podrażający koszty funkcjonowania zakładów. Inwestować w polską myśl techniczną nie zamierzały, bo po pierwsze mają własne ośrodki badawcze, a po drugie, jaki jest sens inwestować w kadrę i rozwój zakładów, w których produkcję dlatego tylko przeniesiono do Polski, że praca tutaj jest dużo tańsza niż we Francji czy w Niemczech, i które za rok - dwa trzeba będzie przenieść do Rumunii czy na Ukrainę, bo tam pracownikom będzie można zapłacić jeszcze mniej.

Brak naukowych ośrodków branżowych, hamuje rozwój własnej myśli technicznej i tym samym jeszcze bardziej uzależnia naszą naukę i gospodarkę od zagranicy. Prywatne firmy, mające ambicje twórczego działania, też - poza nielicznymi wyjątkami - niewiele są w stanie zdziałać. Na prowadzenie własnych badań, czy szkolenie kadry nie mają wystarczających środków, pozostaje więc konfekcjonowanie sprowadzanych z zagranicy urządzeń, do których domontowuje się np. stolik, bądź statyw i z takim właśnie "wkładem własnym" sprzedaje odbiorcom.

Tak m.in. funkcjonuje jedna z warszawskich firm, sugerująca w nazwie, że jest centrum nowoczesnych technologii, choć własną innowacyjność (jak wynika z jej strony WWW) zakończyła pięć lat temu, a teraz utrzymuje się z pośrednictwa handlowego, składania urządzeń ze sprowadzanych części i drobnych usług dla wojska, bądź innych instytucji.

Skoro więc nie ma co liczyć na pieniądze od przemysłu, pozostaje budżet, a konkretnie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, które w 2004 r. przejęło uprawnienia Komitetu Badań Naukowych i od tej pory samodzielnie decyduje komu i na co dać pieniądze na badania. I z roku na rok praktycznie daje coraz mniej. Obecny kryzys będzie doskonałym pretekstem do wprowadzenia dalszych cięć w wydatkach.

W sytuacji permanentnego braku pieniędzy na prowadzenie badań naukowych, utrzymanie placówek badawczych i ośrodków akademickich, trudno dziwić się rektorom, czy dziekanom, że usiłują wyrwać z tych funduszy jak najwięcej dla siebie i swoich zespołów i chwytają się wszelkich sposobów, by tego dokonać. Liczą się więc układy, wzajemne powiązania i znajomości, ale w warunkach deficytu środków finansowych jest to praktyka powszechna i dość skuteczna (choć niezbyt etyczna), właściwa nie tylko dla Polski, ale i dla innych krajów, gdzie występują podobne problemy. A wiadomo, że jeśli nie wyrwie się tych pieniędzy teraz, to później się ich też nie dostanie.

Ministerialni decydenci nie są i nie muszą być omnibusami, znać się na wszystkim i wiedzieć, w co warto jest zainwestować. W swych decyzjach muszą więc zdać się na opinię samych zainteresowanych, a więc przedstawicieli uczelni, instytutów itp. placówek, które dbać będą o własne interesy, o interesy znajomych i przyjaciół. O żadnym rozsądnym planie czy ministerialnej polityce wydatkowania funduszy mowy więc być nie może. Zresztą organa państwowe zdają się nie mieć w tym względzie żadnej własnej koncepcji. I poniekąd słusznie; powinny raczej koordynować i wspierać działania oddolne, niż narzucać własne pomysły i rozwiązania.

Jest jeszcze jeden poważny problem; działalność naukowa przypomina trochę grę w ruletkę i nie da się do końca przewidzieć ani zaplanować, które badania zakończą się sukcesem i przyniosą oczekiwane korzyści. Bo koncepcja może być nietrafna, zagraniczna konkurencja szybsza, bądź bardziej przebojowa, można przeliczyć się z oceną własnych możliwości, czy też kosztów badań. Strach jest więc inwestować duże pieniądze w coś, co może okazać się niewypałem. A inwestować trzeba, bo bez tego trudno liczyć na znaczące sukcesy. Nawet jeśli się prowadzi współpracę z ośrodkami zagranicznymi i korzysta z tamtejszych doświadczeń (wyników prac), czy aparatury badawczej.

Środków finansowych musi starczyć i na utrzymanie placówek, i na realizację badań, i na działalność dydaktyczną, nie wspominając już o pensjach dla kadry naukowej. Starcza ich przeważnie tylko na bieżące wydatki i realizację rozpoczętych już programów, każdy więc nowy chętny, wyciągający ręce po pieniądze, jest traktowany jako niebezpieczny konkurent w walce o przetrwanie choćby jeszcze jednego roku, i to niezależnie od tego, jaki ma dorobek naukowy i jaki poziom intelektualny reprezentuje.

Jak zwykle w takich sytuacjach, kto ma lepsze dojście i układy, ten wygrywa. Prof. Karpiński i tak jest w dobrej sytuacji, bo w razie czego może kontynuować swą karierę naukową w Szwecji. Większość z krajowych naukowców na pracę za granicą nie ma żadnych szans, i to niekoniecznie dlatego, że prezentują niższy poziom. Decyduje o tym splot różnych zależności, na ogół dalekich od spraw merytorycznych. Przypuszczam też, że niechęć szefów krajowych placówek naukowych do osób z zagranicznym stażem i dorobkiem bierze się poniekąd z obawy, że takie osoby, po wykorzystaniu przyznanych im funduszy i tak wyjadą z kraju, a wtedy pożytek z ich działalności dla polskich uczelni czy instytutów będzie niewspółmiernie niski w stosunku do poniesionych kosztów.

Zgadzam się z prof. Karpińskim, że o pozycji naukowca powinien decydować jego dorobek (np. ilość publikacji własnych i cytowań w pracach innych badaczy) oraz możliwości intelektualne, a nie tylko uzyskany stopień naukowy. Ale nie trzeba pochopnie rezygnować z wymogów formalnych, np. habilitacji, choć z pewnością przygotowanie takiej pracy na długie miesiące odciąga od realizacji programu badawczego (np. prac w laboratorium) i wymaga uzgodnienia jej tematu z promotorem, co czasem bywa kłopotliwe. Daje jednak ona okazję do podsumowania dotychczasowego dorobku i przedstawienia koncepcji dalszych badań, co warto docenić i wykorzystać.

Jednostki wybitne powinny mieć ustawowe prawo do realizacji kariery naukowej bez konieczności spełnienia formalnych wymagań (tak np. potraktowano w okresie międzywojennym Stefana Banacha), przy cichym założeniu, że mogą być one dopełnione w późniejszym terminie. Habilitacja nie musi być odbierana jako rodzaj partyjnego namaszczenia, jest po prostu etapem naukowej działalności i formą zaprezentowania własnych osiągnięć, tym bardziej, że już nie musi stanowić odrębnej rozprawy, ale może być tematycznym cyklem opublikowanych w prasie naukowej artykułów. Jeśli środowisko chce kogoś wyróżnić (namaścić), bądź postponować, to może to zrobić w inny, mniej lub bardziej formalny sposób. A negowanie habilitacji tylko z tego powodu, że w krajach anglosaskich nie jest ona praktykowana, nie stanowi w tej sprawie merytorycznego argumentu.

Podobne propozycje padały w stosunku do prac magisterskich, które na niektórych kierunkach (np. prawo) chciano zastąpić inną formą uzyskania tytułu zawodowego (np. cyklem egzaminów przedmiotowych). Motywowano to brakiem odpowiednich tematów, plagiatami, czy pisaniem prac na zamówienie, problemami promotorów ze znalezieniem czasu na konsultacje z magistrantami i sprawdzanie prac. Jednak skoro założeniem jest, że studia przygotowują m.in. do podjęcia działalności naukowej, to trzeba się tą umiejętnością wykazać, a napisanie pracy jest do tego najlepszą okazją. Choć jest to oczywista fikcja. Większość prywatnych tzw. wyższych uczelni nie prowadzi żadnej działalności naukowej, nie ma do tego odpowiedniej bazy i kadry, a utrzymuje się wyłącznie z masowej produkcji magistrów, którzy i tak w większości przypadków z wyuczoną specjalnością nie będą mieli nic wspólnego. Podobnie jest z filiami uczelni państwowych. Reforma polskiej nauki, jeśli w ogóle ma być przeprowadzona, musi więc być o wiele głębsza, niż proponuje to prof. Karpiński. Bo ilość sama z siebie nie przejdzie w jakość, a na ilości najlepiej się obecnie zarabia.

Prof. Karpiński ma żal, że istniejące układy rodzinno-towarzyskie na uczelniach oraz w PAN, a także formalne procedury regulujące przyznawanie grantów na badania i ubieganie się o kierownicze etaty naukowe utrudniają mu realizację badań i kariery naukowej w Polsce. I jak wynika z wywiadu opublikowanego w "GW" jest to żal uzasadniony. Nie warto jednak, jeśli się jest szczerze oddanym działalności naukowej, przenosić własnych krzywd i urazów na istniejące instytucje, choć z pewnością wiele z nich wymaga zmian strukturalnych i organizacyjnych.

Od pewnego czasu są wysuwane zakusy dotyczące istotnego ograniczenia kompetencji PAN, czy wręcz jej likwidacji. Łatwo jest coś zniszczyć; do tego wystarczy tylko chęć szczera i możliwości jej realizacji, aby jednak coś w zamian stworzyć, potrzeba dużo więcej atutów intelektualnych, moralnych itp., a tych naszym decydentom z reguły brakuje. I wydaje się, że o próbach "reform" polskiej nauki (choć reformy są rzeczywiście potrzebne) nie będą decydować względy merytoryczne, ale polityczne i ambicjonalne. Bo jak słusznie prof. Karpiński zauważył, obecnie w Polsce wszystko staje się sprawą polityczną, a przynajmniej ma polityczne konteksty. I trzeba bardzo uważać, aby nie dać się wmanipulować w jakieś politycznie uwarunkowane działania, za skutki których może przyjdzie nam wszystkim bardzo żałować.

Prof. Karpiński pragnie stworzyć w Polsce ośrodek badań biotechnologicznych. To świetny pomysł, bo ta dyscyplina naukowa ma przed sobą doskonałe perspektywy. Otrzymał też 5-letnie stypendium na prowadzenie własnego tematu badawczego. Może liczyć na współpracę z ośrodkami w kilku innych krajach. Odniósł więc duży sukces osobisty. Ale co dalej? Na powstanie solidnego ośrodka, czy zaplecza badawczego funduszy i tak nie wystarczy. Przemysłu biotechnologicznego w Polsce nie ma i prawdopodobnie długo nie będzie. To dział zaawansowanych technologii i żadna obca firma nam go nie zafunduje. Ani tym bardziej nie sfinansuje badań w tym zakresie. Prof. Karpiński żąda od rektora SGGW powołania wydziału biotechnologii i ma pretensję, że wydział jeszcze nie powstał. Za pięć czy sześć lat, gdy ukończą go pierwsi absolwenci, stypendium prof. Karpińskiego już wygaśnie, nowego może nie otrzymać np. z braku środków i będzie musiał kontynuować swe badania w Sztokholmie albo w Cambridge. Gdzie znajdą pracę młodzi polscy biotechnolodzy? Może w ogrodnictwie, w najlepszym wypadku. Gdy nie ma pieniędzy, nie ma postępu i rozwoju. I to jest główny problem polskiej nauki, a nie przeładowane (zdaniem prof. Karpińskiego) programy studiów, słabe kadry, zawistni rywale na uczelni, czy praktykujący nepotyzm zwierzchnicy.

  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':