http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Depresja - listy Czytelników

wybór redakcji
2009-06-27, ostatnia aktualizacja 2009-06-26 15:56

List
.
List
ZOBACZ TAKŻE
RAPORTY
Echa artykułu Joanny Szczepkowskiej ''Please, please, please''

Życie z depresją boli

Czytając reportaż o Magdzie, momentami czułam się, jakby to była historia o mnie. Wiem, co to znaczy nienawidzić siebie, mieć żal do siebie samej o wszystko, być ciągle za mało doskonałą. Wiem, jak boli życie z depresją. Wiem, co to znaczy próbować uciec od siebie samej. Wiem również, co to znaczy czuć, że jestem beznadziejna, głupia, brzydka, gruba. Ale próbuję walczyć z tym cholernym uczuciem, zapomnieć o pannie D i żyć po swojemu. Czasami to się udaje. Bo moja historia jest szczęśliwsza niż Magdy. Ja przecież żyję. I, powiedziałby ktoś z boku, całkiem nieźle się mam. Dziecko, mąż, mieszkanie, praca, własna gazeta. Szczyt szczęścia, prawda? Co z tego, jeśli zasypiam ze strachem przed śmiercią i budzę się ze strachem przed życiem. Co z tego, skoro codziennie mam wyrzuty, że jestem niewystarczająco dobrą matką, żoną, kochanką, pracownicą... Odniosłaś sukces - mówią mi niektórzy. Naprawdę? Jaki? Walczę sama ze sobą i chociaż być może bilans jest na zero, to wciąż za dużo przegranych bitew pojawia się na moim koncie. Ale może jednak nie jest tak źle? Jestem dziennikarką. Piszę reportaże o ludziach, którzy mają gorzej niż ja. Piszę też reportaże o ludziach ciekawszych, mądrzejszych, lepszych niż ja. Rozmawiam z fascynującymi osobami, czytam o niesamowitych dokonaniach. Napisałam też wiele tekstów o depresji, którą znam przecież jak własną kieszeń. I wciąż mam poczucie, że mogłabym lepiej, mądrzej, że zawsze wszystko robię za słabo. Czy dziennikarka z depresją to nie jest jakaś pomyłka? Czy zasługuję na to, by słuchać historii tych wszystkich ludzi? Czy zasługuję na to, by pomagać innym, pisać, jak mają radzić sobie ze swoimi mniej lub bardziej trudnymi problemami?

Zadaję sobie tysiące takich pytań codziennie. I nie są to przyjemne refleksje! I chociaż wstydzę się swojej choroby, swojej słabości, wstydzę się, że bez antydepresantów jestem rozwleczoną jędzą, to mówię o tym. Bo wiem, że takich jak ja jest więcej. Bo wiem, że mój krzyk: "Mam depresję!", może komuś ulżyć. Że pomyśli, iż nie jest sam, i jednak da się z tym żyć. Nie wierzę, że z depresji da się wyjść, ale chyba da się ją oswoić i zmniejszyć jej wpływ na życie. Magdzie się nie udało. Ale wielu się przecież udaje i będzie udawać. Chociaż depresja to choroba śmiertelna, straszna i bolesna to jednak można sobie z nią radzić. Jestem tego najlepszym przykładem. Bo mimo tego wszystkiego, co opisałam, mimo bólu, mimo lęków, dołów, złych dni, mimo blizn po sznytach i zniszczonym po lekach nasennych żołądku, ja wiem, że jednak warto żyć. Nawet jeśli to życie czasem boli. A uśmiech mojego dziecka udowadnia mi, że się nie mylę. Do cholery, nie mogę pozwolić, by jakaś panna D rządziła całym moim życiem! I wy też, drodzy depresyjni, nie pozwólcie na to, jesteście zbyt wspaniali, by ona zniszczyła wasze życia. Przepraszam za tak długie i chaotyczne wywody, ale czułam, że muszę napisać tego maila w podzięce za reportaż, w podzięce Magdzie za jej walkę, życie i jej matce za to, że zgodziła się głośno mówić o tym, co się stało. To musiało być przecież bardzo trudne... I w podzięce "Obcasom", że podjęliście ten temat. Bo depresyjnych jest coraz więcej. Piszcie, jak nam pomóc, piszcie, że nie jesteśmy sami, że jest dla nas jakaś nadzieja! Aleksandra

Psycholog? Nie, dziękuję

Już kolejny raz przeglądam artykuł Joanny Szczepkowskiej "Please, please, please" i próbuję ustosunkować się do słów, które tam padają. Z jednej strony zadziwia mnie, jak cała grupa ludzi chce z zaburzeniami psychicznymi czy "chorobą duszy" - jakkolwiek to nazwiemy - przede wszystkim pomocy psychiatry, bo tylko on jest lekarzem - i naprawdę może pomóc. "Psycholog? Nie, dziękuję - ze mną jest wszystko w porządku, ja tylko mam kiepski nastrój, nic mi się nie chce, głowa mnie boli itd., itp. Zróbcie coś z tym - przecież muszą na to być jakieś leki". Otóż leki czasem pomagają, innym razem nie, ale nigdy nie zastąpią wejrzenia w istotę problemu, a wiemy już przecież, że istnieje cała grupa zaburzeń psychosomatycznych, wobec których medycyna jest bezradna. Z drugiej strony zaskakuje mnie, że w XXI wieku ciągle są takie szpitale psychiatryczne, w których psycholog i psychoterapia są fikcją i niczemu nie służą.

Nie twierdzę, że depresji nie można pokonać lekami, bo owszem, istnieją przypadki, kiedy można, ale - jak zostało zasugerowane w artykule - Magdzie nie pomogło. Inteligentna dziewczyna, dla której tradycyjne metody okazały się nieskuteczne. Może należało wejść głębiej, spróbować wprowadzić ją w świat filozofii - wiedzy, która być może dałaby jej wyjście w impasu. Trudno jest mi oceniać charakter jej problemu - są to tylko moje domysły. Dlaczego notatka "Zagraża samobójstwem" została zignorowana? Bo w kwestii ludzkiej psyche ciężko jest cokolwiek wyrokować, bardzo trudno ocenić, czy jest to próba zwrócenia na siebie uwagi, czy rzeczywiste zamierzenie mające już swój opracowany plan. Najczęściej ludzie, którzy rzeczywiście zmierzają ku śmierci, mało o tym mówią, negują takie próby, chcą sprawiać wrażenie, jakby wszystko wracało do normy - chcą zrealizować swój plan, dlatego nikt nie może im w tym przeszkodzić.

Pozostaje również pytanie, na ile każdy z nas ma prawo decydować o sobie - na ile mamy do czynienia z "chorą jednostką", a na ile jest to świadoma i w pełni rozumiejąca swą sytuację osoba, która tylko sama może sobie pomóc - jednostka, która uzyska pomoc, jeśli sama na nią pozwoli. Z tego punktu widzenia pytanie, kto zawinił, nie ma sensu, zwłaszcza jeśli mówimy o tym wszystkim, co osoba skrywa w sobie, a czego nie chce ujawnić. Jeśli lekarz, psycholog czy inny terapeuta nie otrzyma tej wiedzy od pacjenta lub otrzyma tzw. bezpieczną wiedzę, jego wnioski będą błędne, a praca z takim pacjentem nie przyniesie skutku. Zwłaszcza jeśli mówimy o sporadycznym kontakcie lekarza czy psychologa z pacjentem w szpitalu, gdzie kontakt nie jest pogłębiany, gdzie tak ważne elementy w terapii jak poczucie bezpieczeństwa i zaufanie nie są osiągane.

Nie twierdzę, że nie można było nic zrobić - rozumiem ból rodziców, a przynajmniej staram się go rozumieć. Chciałam tylko pokazać, że w zaburzeniach psychicznych dotykamy istoty każdego z nas, nie da się tutaj zastosować cięć chirurgicznych czy kroplówek szczęścia, aby pacjent ze szpitala wyszedł jak nowo narodzony. Trzymanie pacjenta z depresją na oddziale po to tylko, by kontrolować utrzymanie go przy życiu, nie jest dobrym pomysłem. Oderwanie od środowiska, do którego wróci, nie zmieni nic w jego sytuacji. Tyle mówimy dziś o depresji, ale mam wrażenie, że postrzeganie jej w społeczeństwie nie zmierza w dobrym kierunku - powinniśmy odchodzić od typowo medycznego pojmowania tych zaburzeń, bo zawsze będą pacjenci, którzy będą wymagali innego podejścia, dla których pobyt w szpitalu nie będzie żadnym rozwiązaniem. J.W-Sz

Poezja to coś więcej niż same słowa

Droga Magdo

Gdybyś mieszkała w naszym miasteczku, twoje wiersze brałyby udział w konkursach poetyckich. Chodziłabyś z nami na warsztaty do Kuźni Poetyckiej, gdzie analizujemy i ubieramy słowa w poetyckie strofy. Pojechałabyś z nami na plener malarsko-poetycki do dzieci niepełnosprawnych. Widziałabyś, że pomimo problemów i kalectwa dzieciaki są szczęśliwe. Gdybyś zobaczyła, jak chłopiec z zespołem Downa prowadzi po schodach dziewczynkę niedowidzącą, stwierdziłabyś, że warto, warto naprawdę warto żyć, jeśli nie dla siebie - to dla innych. Ile radości sprawiłabyś swoimi pięknymi wierszami, gdybyś mogła je przeczytać na wieczorze autorskim. Bo poezja to coś więcej niż same słowa, to piękne przesłanie, a w twoim przypadku to było wołanie o pomoc

PS U nas, w naszym miasteczku, wydano tomik poezji przedwcześnie zmarłemu poecie. A co z Magdy wierszami? Być może pomogłyby one zrozumieć sens ostatniego spaceru, spaceru nad wodę. W stronę szklanego światła i szklanych drzwi. Indianka

Choroba, która pożera duszę

Co łączy Sylvię Plath, Magdę z artykułu "Please, please, please" ("WO", 528) i jakieś 10 proc. populacji, w tym mnie? Potworna choroba, która pożera duszę i ciało. Jest jak czarna dziura, która wsysa w siebie wszystko, co tylko możliwe. Odkąd pamiętam, zawsze kierowała mną ambicja. Coraz wyżej i wyżej ustawiałam swoją poprzeczkę, coraz więcej zajęć, coraz więcej celów. Jeżeli jakiegoś nie osiągałam (bo zwykle poprzeczkę stawiałam sobie zbyt wysoko), czułam się nic niewarta, byłam taką lady obrzydliwość. Od 13. roku życia zaczęłam miewać stany depresyjne. Pani psycholog była tym chyba bardziej przestraszona ode mnie. Ale nie jestem tak ciężko chora jak bohaterka artykułu. Jakoś sobie daję radę. Najgorzej jest w zimie, kiedy nie mam sił, by wstać z łóżka. Wokół mnie jest mnóstwo cudownych ludzi, którzy starają się mi pomóc, ale nie mogą. Są bardzo dobre miesiące, kiedy jestem pogodna i spokojna, ale są też tragiczne, kiedy stoję na brzegu ulicy i w myślach dzwoni mi tylko jedna myśl przed każdym przejeżdżającym samochodem: skacz! Za każdym razem wstawanie z dna jest cięższe.

Mimo iż mam dopiero 18 lat, od kilku lat walczę ze stereotypem depresji. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że na świecie zapanowała pandemia tej strasznej, śmiertelnej choroby, a ludzie umierają z jej powodu częściej niż na nową odmianę wirusa grypy. I zapadają na nią coraz młodsi. A ludzie wciąż tak mało wiedzą. Będąc w szkole średniej, na jednej z lekcji biologii opowiadałam moim kolegom i koleżankom o tym, czym naprawdę jest depresja. Że depresja to nie tylko smutek, to uczucia, które nie mają nazw, to najgłębsza rozpacz, agresja, obrzydzenie, zgnilizna. To niemożność wstawania co rano z łóżka, to życie z dnia na dzień, gdy granice między nimi się rozmywają, bezsenne noce, które nigdy nie chcą minąć. Na ich twarzach malował się szok.

Wiem, że jednym z czynników, które spowodowały moją chorobę, jest chorobliwa ambicja, która cały czas każe mi iść do przodu, za wyjątkiem tych chwil, kiedy jestem całkowicie wypalona, nie mam sił na nic i tkwię w tym marazmie po uszy. Ambicja, która mnie pożera, każe mi być najlepszą we wszystkim, idealną. A ja wciąż widzę, jak daleko mi od tego. Jak żałosna czasem bywam. Jak nic niewarte są moje osiągnięcia. Gdy przychodzą te lepsze miesiące, nieśmiało dodaję sobie parę punktów.

Dzięki internetowi poznałam osoby, które również cierpią na depresję lub dystymię. Niektórzy są po psychoterapii i silnych psychotropach i czują się bardzo dobrze, niektórym się nie udało... I to dla nich walczę. By ludzie nie myśleli już o ludziach w depresji: jacy oni są żałośni. Depresja zaczyna się niepostrzeżenie i równie niezauważona wtapia się w życie. Ludzie chorzy na nią są naprawdę utalentowanymi aktorami. Moi rodzice do dzisiaj nie wiedzą, jak nisko upadałam. I dopóki sobie jakoś z tym radzę, raczej się nie dowiedzą. Tak, chcę pomocy. Chcę, by ktoś mógł zajrzeć w moje myśli i znał odpowiedź, znał lekarstwo. Jakoś wiem, że do końca życia ta choroba mnie nie opuści, ale wiem już dziś, że będę się starać, mam dla kogo. Wiem w czyje imię będę walczyć o zmianę statusu ludzi chorych na depresję. I wiem, że to dla nich - ludzi na dnie, ludzi odciętych od świata ścianą autoagresji, nienawiści i rozpaczy, które nie mają źródła, ludzi chorych, ale także dla mojej fantastycznej rodziny, dla mojego cudownego chłopaka i przyjaciół cierpiących ze mną - będę się starać zwyciężać, a nie być zwyciężoną. Aneta

Medycyna też ma swoje procedury

Szanowna Pani! Nawiązuję do Pani artykułu o Magdzie Malarowskiej. Depresji rzeczywiście nie da się porównać z dopadającym czasem człowieka głębokim smutkiem. Bo smutek odchodzi, a depresja jest stale obecna. Sądzę, że nie sposób jej jednak leczyć farmakologicznie lub innymi środkami odnoszącymi się do ciała - mózgu. Depresja jest chorobą duszy, właściwego ja człowieka, które z mózgu korzysta, ale nim nie jest. Potwór, o którym Magda pisała, faktycznie istniał i stwarzał ponury świat, w którym ostatecznie nie dało się żyć. Od kilku lat zajmuję się radiestezyjnym badaniem pól energii informacji, głównie w odniesieniu do terenu. Jestem architektem krajobrazu i poszukuję zasad, które powinny rządzić projektowaniem zieleni i zagospodarowaniem obszarów o różnych własnościach. Uczyłam się również bioenergoterapii, choć nie wykorzystuję jej zawodowo. Człowiek jest istotą duchową i fizyczną. Świat ducha wpływa na materię, a to, co robimy w świecie materialnym, odzwierciedla się w świecie ducha. Można te zależności obserwować i badać, choć metody, których używam, nie są akceptowane przez współczesną naukę. Depresję da się opisać jako energię informacji, relację bytów energetycznych atakujących samą duszę człowieka.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów