Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Nie ilość, lecz jakość Jeszcze niecały miesiąc dzieli mnie od absolutorium. W trakcie studiów(stacjonarnych, jednolitych, magisterskich) na jednej z lepszych uczelni państwowych miałam okazję poznać niejednego "multistudenta". Większość z nich studiowała dziennie na dwóch kierunkach. Studiowała, czyli de facto funkcjonowała na liście studentów, pojawiając się na uczelni "gościnnie" (czytaj: w czasie sesji egzaminacyjnej).
Ponieważ w dwóch miejscach jednocześnie człowiek być nie może, "multistudent" wiele wysiłku musi włożyć w organizację planu zajęć. Najczęściej zaczyna od wykreślenia z niego wykładów (bo nieobowiązkowe). Potem kombinuje, co zrobić z obligatoryjnymi ćwiczeniami. Największy problem pojawia się wtedy, gdy godziny obowiązkowych zajęć na obu kierunkach na siebie nachodzą. Metody wymykania się z sali ćwiczeniowej mogą przyprawić o podziw autora najśmielszych scenariuszy. Tu przydaje się nie tylko kreatywność, ale i siła w nogach. Temu, komu brakuje jednego i drugiego, pomocą służą koledzy, którzy wpiszą nieobecnego na listę obecności (jak nie wpiszą, to będą wrednymi kujonami). Niekiedy pomoże zaprzyjaźniony lekarz, wypisując lewe usprawiedliwienie. Oczywiście są jeszcze tacy, którzy "ciągną" dwa fakultety bez uciekania się do podobnych kombinacji. Wystarczy indywidualny tok studiów. Niektórzy nadużywają tego przywileju, nie przystępując do egzaminów w wyznaczonym terminie (licząc, że zdadzą później, odpowiadając ustnie - w końcu trudniej jest oblać studenta, który nie jest bezimiennym numerem indeksu).
Student "wielokierunkowy" nie uczy się - on zdobywa zaliczenia. Wystarczy, że zda na 3 - byle do przodu. I tak przez całe
studia. A na koniec - dyplom (czytaj: dodatkowy papier, który "upiększy"
CV). Czy to ma jakikolwiek sens?
Aby ktoś nie zarzucił mi, że jestem bezlitośnie nieobiektywna, dodam coś na usprawiedliwienie "multistudentów". Żyjemy w czasach, kiedy zamiast rzeczywistych kompetencji, ceni się liczbę wpisów w CV. Dodatkowy dyplom to dodatkowy wpis, czyli wyższa nota u potencjalnego pracodawcy. Studenci ulegają tej presji w obawie o pracę.
Może warto, abyśmy wszyscy, łącznie z pracodawcami, zastanowili się, czemu służą studia. I że ze studiowaniem jest jak z każdą inną dziedziną życia: jakość nie zawsze idzie w parze z ilością.
Joanna J. Multistudia to nie sport! Czytam i oczom nie wierzę. Skończyłam dwa kierunki humanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Jestem zatem jedną z tych "ambitnych i/lub niezdecydowanych", które dzięki uśmiechowi losu i opatrzności fortuny rodziców radośnie i beztrosko uprawiają sport nazwany na łamach Waszej gazety multistudiowaniem. Wkurza mnie to. Bardzo. Już sama nazwa pod jaką toczy się dyskusja jest obraźliwa. Zakłada jakby wybór więcej niż jednego kierunku studiów był jakąś nieodpowiedzialną zabawą - podajecie przykład jakiegoś studenta z Gdańska, który wybrał się na 14 kierunków; przecież takie kuriozum nie może być poważnym argumentem w poważnej dyskusji. Ale są i w Waszych publikacjach inne tematy warte rozważenia
przeczytaj co jeszcze napisała w swoim liście Aleksandra Jako multistudent jestem za Proponowanymi zmianami w ustawie o szkolnictwie wyższym jestem sam zainteresowany, ponieważ kończę historię i jednocześnie studiuję i będę jeszcze przez jakiś czas studiował prawo. Zgodnie z własnym interesem powinienem być przeciwny rozwiązaniom pani Kudryckiej, ale do końca nie jestem.
Uważam że pomysł nie jest zły. Jest w pewnym sensie pierwszym krokiem do komercjalizacji studiów, która w Polsce będzie musiała nastąpić, jeśli chcemy mieć efektywne szkolnictwo wyższe. Wydaje mi się również, że brakuje w nim jeszcze jednej furtki polegającej na tym, że ci mniej zamożni, którzy będą chcieli studiować dwa kierunki, a nie znajdują się w tych 10 procentach najlepszych, niech zapłacą za studia po ich skończeniu, czyli w trakcie pracy zawodowej. Nie na zasadach kredytów studenckich komercyjnemu bankowi, tylko bezpośrednio państwu na zasadach bardzo nisko oprocentowanej pożyczki. Student zastanowi się dwa razy, zanim weźmie drugi kierunek, czym ograniczymy multistudiowanie, a ci ambitni i biedni będą mogli się wykształcić.
Michał A ja - przeciw! Propozycję min. Kudryckiej widzę tak: jest kryzys, banki chcą mieć fundusze, więc robimy płatne studia i niech udzielają kredytów studentom. Jeśli to przejdzie, przestaję glosować na PO. Robię studia filologiczne i przekładoznawcze, pewnie załapię się na opłaty - kiedy człowiek mający 30-40 h zajęć w tygodniu ma zarobić na te opłaty?! I proszę bez opowieści o "stypendiach" i "uprzywilejowanych 10 proc., jeśli ktoś mi przyzna dodatkowe 168 zł miesięcznie, to raczej nic nie rozwiąże. Moim zdaniem, studenci ze średnią np. powyżej 4,5 czy 4,75 na I kierunku, powinni mieć drugi kierunek darmowy i już...
Agata R. Na dziennych może studiować, kto chce Pani Kudrycka przytacza statystyki, według których "aż 60 proc. polskich studentów musi korzystać z płatnych studiów". Musi? Od kiedy? Z moich spostrzeżeń wynika, że dla każdego przeciętnie uzdolnionego człowieka znajdzie się miejsce na bezpłatnych studiach. Na płatne moim zdaniem często idą ci, którzy w ogóle na studiach być nie powinni - idą tam, by mieć dyplom, który nie jest poparty ani wiedzą, ani umiejętnościami. Zdarzyło mi się kiedyś poprawiać formatowanie pracy magisterskiej napisanej na płatnej uczelni - skopiowana z Wikipedii i stron internetowych różnych urzędów, reszta przepisana z paru książek. Na Uniwersytecie Warszawskim coś takiego nigdy by nie przeszło (a przynajmniej chciałabym w to wierzyć...). Ludzie idą na studia płatne, bo bez żadnego wysiłku można tam często zdobyć dyplom. Pomysł pani Kudryckiej to kolejna zmiana wynikająca z założenia, że każdy, zdolny czy nie, ma ukończyć studia.
A co ze studentami i studentkami, które, tak jak ja, mają bardzo różne zainteresowania? Właśnie kończę lingwistykę stosowaną na UW, za rok marzyła mi się... informatyka na politechnice. Wygląda na to, że mi się nie uda, przynajmniej do czasu, kiedy będzie mnie stać na drogie studia zaoczne czy wieczorowe. To kolejna próba ukierunkowania nas i zawężania horyzontów, tak jak w przypadku ostrego profilowania w LO.
Dodam jeszcze, że jestem z małego miasta, chodziłam do jedynego w tym mieście LO i nigdy nie miałam żadnych korepetycji, podobnie jak reszta mojej klasy, której znaczna większość również teraz studiuje. Za darmo.
Asia Kompetentny student na dwóch fakultetach? Wykluczone Bardzo podoba mi się pomysł minister Kudryckiej. Możliwe, że na moje zdanie ma wpływ fakt, że sama płacę za studia (studiuję wieczorowo), możliwe...
Otóż, mój kierunek należy do niszowych, dlatego też niektórzy z nas studiują dwa kierunki naraz. Niestety z moich obserwacji wynika, że jak się wiele obejmuje, to się mało ściska. W efekcie takie osoby nie chodzą na zajęcia, pojawiają się niemalże wyłącznie na egzaminach. Czy tacy studenci są kompetentni? Nie kryją się z tym, że studiują dla papierka. Ale czy jest to uczciwe względem tych, którzy rzetelnie uczestniczą w zajęciach? Chyba nie bardzo. Dobrym pomysłem wydaje się więc, że "10 proc. najlepszych studentów na każdej uczelni będzie miało możliwość studiowania drugiego fakultetu za darmo". To by sprawiło, że tylko najlepsi mieliby szanse dokształcania. Wiadomo, że niełatwo jest mieć same piątki nie chodząc na zajęcia (swoją drogą nauczyciele powinni to w jakiś sposób kontrolować), dlatego pomysł bardzo mi się podoba. Ale tutaj pojawia się problem. U mnie na studiach faworyzuje się studentów dziennych. To oni otrzymują wszystkie stypendia, na wieczorowych w tym roku chyba nikt żadnego nie dostał. Powszechnie jest wiadome, że nauczyciel sprawdza indeks przed wstawieniem oceny, bowiem niemałą rolę odgrywa fakt, czy płacimy za studia, czy nie. Przez trzy lata studiowania żyję w poczuciu niesprawiedliwości. Dopiero w tym roku udałoby mi się dostać stypendium naukowe, ale już odchodzę, więc nie dostanę. W ten sposób na drugi kierunek dostałoby się 10 proc. świadomych tego lub nie, cwaniaków, którzy są faworyzowani przez kadrę. Zatem pojawia się kolejna niesprawiedliwość.
Druga kwestia: są osoby, które wiecznie studiują i w efekcie kończą bez dyplomu. Czy za tych ludzi również powinno płacić państwo? Chyba nie.
DZ