http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Multistudia to nie sport! - list

Aleksandra
2009-06-16, ostatnia aktualizacja 2009-06-16 14:43

Czytam i oczom nie wierzę. Ale od początku. Piotr Pacewicz postanowił zadbać o równość szans w dostępie do edukacji publicznej. Cel szczytny, nigdy dość walki o niego. Tylko czy kierunek batalii słuszny i czy przeciwnik mądrze obrany, jest w tym przypadku kwestią niejednoznaczną.

Student
Fot. Paweł Kozioł / AG Fot. Paweł Kozioł / AG
Student

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Skończyłam dwa kierunki humanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Jestem zatem jedną z tych "ambitnych i/lub niezdecydowanych", które dzięki uśmiechowi losu i opatrzności fortuny rodziców radośnie i beztrosko uprawiają sport nazwany na łamach Waszej gazety multistudiowaniem. Wkurza mnie to. Bardzo. Już sama nazwa pod jaką toczy się dyskusja jest obraźliwa. Zakłada jakby wybór więcej niż jednego kierunku studiów był jakąś nieodpowiedzialną zabawą - podajecie przykład jakiegoś studenta z Gdańska, który wybrał się na 14 kierunków; przecież takie kuriozum nie może być poważnym argumentem w poważnej dyskusji. Ale są i w Waszych publikacjach inne tematy warte rozważenia.

Redaktor Pacewicz pisze, że z przywileju bezpłatnego studiowania na dwóch lub więcej kierunkach korzystają dzieci zamożnych rodziców. Z mojego doświadczenia nie wynika, że rzecz jest aż tak prosta.

Pochodzę z rodziny, w której oboje rodzice mają wyższe wykształcenie (dzięki bezpłatnym studiom za czasów PRL), niestety niechlubna tradycja kończenia dwóch fakultetów nie zacznie się w tej rodzinie na mnie, mama była pierwsza. Wychowałam się na wsi, gdzie oboje rodzice uczyli w szkole podstawowej. Jak łatwo sobie wyobrazić ich pensje nie były oszałamiające. To, że obie z siostrą mogłyśmy skończyć studia w Warszawie było możliwe dzięki temu, że za studia nie trzeba było płacić. Musi mi Pan uwierzyć, że sam fakt wynajęcia mieszkania i zapewnienia jako takiego standardu życia w mieście akademickim stanowi ogromne wyzwanie dla budżetu przeciętnej rodziny w Polsce. Jak rozumiem na razie poruszam się po terenie bezpiecznym. Temat płatnych studiów na razie w Polsce przycichł. Tylko, że wybór drugiego kierunku bywa dla rodziców nie mniejszym obciążeniem, a nie zawsze jest spełnianiem fanaberii pociechy.

Pisze Pan o nas, studentach wielokierunkowych: Często łączą multistudia ze stażem w zawodzie, budując sobie CV. Rodziców na to stać, bo mają kasę. I za studia nie płacą. Myśl meandryczna i pulsująca, ale postaram się do niej odnieść. Ma Pan rację: pracują. Przynajmniej ja pracowałam. Ostatnie dwa lata drugiego kierunku studiów upłynęły mi pomiędzy uczelnią a miejscem zatrudnienia. Tu Pan trafił. Tylko ocenę zjawiska Pan sknocił. Pracowałam, nie dlatego, że budowałam zniewalające CV. Zwyczajnie: musiałam. Doświadczenia też nie nabrałam imponującego, ot praca biurowa. Zapewniam, moje CV nie powaliłoby Pana na kolana.

Poza tym niepokoi mnie w Pana tekście to, jak łatwo dokonuje Pan uogólnień. Widzi Pan nas wszystkich, jako grupę niezdecydowanych, niepewnych swego, trochę rozkapryszonych dzieci. A gdybym Panu powiedziała, że decydując się na studia o takim a nie innym charakterze kierowałam się pasją i dokładnie wiedziała, czego chcę? Podobnie, jak wiedziały moje koleżanki, wywodzące się z rodzin robotniczych, wychowane w Polsce B i C, podejmujące wysiłek drugich studiów. Dotyka mnie w Pańskim podejściu do tego zagadnienia nonszalancja. Po pierwsze stwierdzenie, że w Polsce 80 tys. osób jest na studiach równoległych, jest niejasna; czy dotyczy to tylko studentów dziennych, czy uwzględniono przypadki równoczesnych studiów dziennych i zaocznych (lub jeszcze jakieś inne formy kształcenia)? Poza tym sugeruje Pan, że częsta jest praktyka przerywania jednych i zaczynania drugich studiów, nie wiem, na podstawie, czego Pan to twierdzi. Moje doświadczenie podpowiada, że jest to spory wysiłek i decyzja o przerwaniu bądź zmianie nie przychodzi zbyt łatwo. Dodam jeszcze, że często jest tak, że studenci równolegli przyjmowanie są jako "dodatkowi", nie uszczuplają limitu miejsc dla maturzystów. No ale tak: bumelanctwu mówimy zdecydowane nie i rozprawiamy się z mitem wiecznego studenta. Że przy okazji dziecko z kąpielą wylejemy? Może nie będzie tak źle.

Pisze Pan również z jakąś niechęcią o ludziach szukających swojej drogi lub rozszerzających edukację. A ja powiem Panu, że lubię czasem myśleć o uniwersytecie jako przestrzeni poszukiwań, wątpliwości. Mam zapisaną w wyobraźni jakąś, według dzisiejszych standardów, zgubną tradycję życia uniwersyteckiego, u której źródeł odkrywam spuściznę Erazma z Rotterdamu, humanistycznej swobody, wymiany myśli. Niepokoi mnie wizja szkoły wyższej jako szkoły zawodowej. Nie zamierzam tu polemizować z Panem na temat właściwego charakteru studiów wyższych w Polsce. Nie znam się na tym. Chciałabym tylko zrozumieć dlaczego nagle głównym zagrożeniem dla równości szans edukacyjnych w Polsce są studenci równolegli. Dlaczego nie mówi się o nierównym poziomie szkół podstawowych, gimnazjalnych i średnich, o masakrycznej infrastrukturze uczelni wyższych, o upokarzających stypendiach socjalnych? Może tu są poważne przyczyny nierówności szans?

  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':