Zarzucali mi zdradę Wybory 1989 były pierwszymi wyborami, w których brałem udział. Wspomnienie chciałbym dedykować pamięci Władysława Siły-Nowickiego. Bo właśnie z nim i ze Stronnictwem Pracy wiążą się moje wspomnienia tamtego czasu. Padło pytanie - czy wygraliśmy. A kto pyta?
Jestem i byłem całym sercem antykomunistą, ale nie zgadzałem się na monopolizowanie strony opozycyjnej przez OKP. Wynikało to z mojego przywiązania do idei chrześcijańsko-demokratycznych, wyrażanych m.in. przez wskrzeszone Stronnictwo Pracy. Wydawało się, że na scenie politycznej powinno być miejsce na różne poglądy. Ale poglądy nie były wtedy ważne. Liczył się rewolucyjny zryw. Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam. Tak to wtedy przedstawiano.
Nikomu nie zależało na wyjaśnieniu ludziom na czym polegają wybory kontraktowe, że w puli mandatów podlegających wolnemu wyborowi może się znaleźć nie tylko OKP i nie byłoby szkody dla siły opozycji. Już wtedy pluralizm był tylko hasłem, tak zostało do dziś.
W praktyce objawiało się to tym, że gdy rozdawałem na placu Wilsona ulotki Siły-Nowickiego przechodzący ludzie zarzucali mi zdradę. Czułem bezsilność wobec takiego ogłupienia ludzi, którzy w gruncie rzeczy chcieli dobrze. Tak pozostało do dzisiaj, różnorakie grupy trzymające władzę decydują kto ma się liczyć, a kogo należy zmarginalizować. To prawdziwi zwycięzcy.
Adam P. Nie poszedłem na wybory, coś mi wypadło Miałem mało pieniędzy, kończyliśmy wraz z żoną
studia. Aby na jeszcze dość pustym rynku wyposażyć dziecko w ciuszki, tetrowe pieluchy i wózek "gubiliśmy" książeczki zdrowia, bowiem w nich występował wpis o należnej dziecku państwowej "wyprawce". Na każdy taki wpis mogliśmy kupić określoną ilość śpioszków, koszulek, kombinezon, pieluchy. Jakoś sobie trzeba było radzić...
Mieliśmy przed blokiem tzw. ogródek, którym zajmowaliśmy się, pieliliśmy, sadziliśmy drzewka i krzewy, kwiaty. W nim wygrzewały się nasze koty. Któregoś dnia moja Miła znalazła tam nieżywą nasza młodą kotkę, Buzię. Długo po niej płakała. Do dziś wspomnienie skulonej nad ciałem kota Moniki, ubranej w różową spódnicę i takąż tunikę, w ostatnich już dniach ciąży, przyprawia mnie o dreszcz.
Rzadko włączaliśmy telewizor. Słuchaliśmy muzyki, śmialiśmy się i kłócili, przygotowywaliśmy posiłki, kochali się, odwiedzaliśmy znajomych, przyjmowaliśmy ich u siebie. Nie, nie interesowaliśmy się wyborami, mimo że bywałem uczestnikiem zadym z milicją i byłem mocno antykomuszy. Pamiętam, że śmieszył mnie Jan Maria Rokita na plakatach z Wałęsą. Pamiętałem go, jak wspierał akcje lewackiej grupy Wolność i Pokój w studium wojskowym na naszym uniwersytecie. Paradoksalnie z tejże, wspierającej tzw. objektorów organizacji wyrósł późniejszy UOP (Urząd Ochrony Państwa). Nie poszedłem na wybory. Miałem coś do załatwienia tego dnia i musiałem wyjechać z miasta. Wyniki wyborów nie były dla mnie zaskoczeniem.
Zaskoczeniem była słaba frekwencja i brak euforii. Pamiętam Szczepkowską, gdy ogłaszała w DTV upadek komunizmu. To było żenujące. Siedzieliśmy sobie z Moniką, naszymi znajomymi i ich małą córeczką Marysią i opowiadaliśmy głupotki, anegdotki, żarty, wspieraliśmy się w naszej studenckiej biedzie, nadawaliśmy na profesorów.
Jedno co rzeczywiście mną wstrząsnęło, to masakra studentów (uczyniona przez żołnierzy w większości pochodzących z zachodnich, muzułmańskich prowincji Chin) na placu Tian An Men, pomyślałem sobie wtedy, że jestem świadkiem narodzin zupełnie nowego świata.
M. Dlatego trzeba głosować 4 czerwca rodzice poszli głosować, byli wtedy na studiach więc wiadomo na kogo, a trzy dni później urodziłem się ja - 7 czerwca - ładna data - kiedyś referendum akcesyjne, teraz wybory do Parlamentu Europejskiego, więc te 20 lat III RP to całe moje życie - żłobek, przedszkole, podstawówka,
gimnazjum, liceum, studia. O tym, co się dzieje w kraju zacząłem jako tako rozumować od Rywingate, a wcześniej to nic nie rozumiałem, pierwszymi moimi wyborami były te parlamentarne ostatnie - mogłem zagłosować, głosowałem na PO i teraz też będę na nich głosował, PiS mi jakoś nie podchodzi...
Ta wolna Polska, o której wszyscy mówią, to po prostu całe moje życie - innego stanu rzeczy jak demokracja nie znam i mam nadzieję nie poznać - choć rządy PiS były, jak to powiedziała moja Mama: "Prawie jak za komuny". Mam nadzieję że będę "rósł" razem z tą naszą Rzeczypospolitą jaka by ona nie była - pisowska, eseldowska, platformerska, żadna różnica - abyśmy to my sami decydowali o losie swojego kraju, żeby nikt nie decydował za nas, i dlatego trzeba głosować w każdych wyborach.
kojak O to walczyliśmy, o tym marzyliśmy 4 czerwca 1989. Moja córka miała pół roku. Puszczałam jej kiepsko nagrane piosenki Jacka Kaczmarskiego, Gintrowskiego, Pietrzaka, piosenkę o Janku Wiśniewskim. Nie mogłam wtedy wiedzieć, że trzynaście lat później słowa tej piosenki będą w jej podręczniku do języka polskiego w gimnazjum. Nie mogłam tego wiedzieć, chyba nie wierzyłam, że coś się na trwałe zmieni, choć bardzo wierzyć chciałam.
Słuchałyśmy więc tych niezwykłych kołysanek. Na pawlaczu, w schowku na korytarzu, i różnych innych miejscach trzymałam gazetki podziemne, wiersze Barańczaka, "Zniewolony Umysł" Miłosza, podręcznik historii i parę innych tytułów, które córka niedawno musiała przeczytać przed maturą.
Pisałam pamiętniki, zapiski naszych nadziei, lęków i rozczarowań. Chciałam, by w przyszłości poznała prawdziwą historię, by wiedziała jak przebiegało powstanie warszawskie, że pradziadek zginął w Katyniu, a babcia dzieciństwo spędziła na Syberii
4 czerwca świat się odmienił. Pierwszy raz głosowałam. Potem bałam się, cieszyłam się, ale bałam się, że znów, mimo umowy, okrągłego stołu, wszystko wróci do "normy". Mój mąż grał z kolegami w karty, jakby nic się nie stało, sąsiadka mówiła tylko o kolejce po pralki. Nie mogłam tego znieść! Cóż z tego, że też nie miałam pralki, a "niebieskie" mleko zdobywał mi kolega? Byłam szczęśliwa!
Jeździłyśmy, więc z Kasią na Starówkę. Tam czułam atmosferę wolności. Moje dokumenty historii jeszcze długo trzymałam w ukryciu.
Dziś dziś płytę Kaczmarskiego kupiłam w Empiku. "Inny Świat" Herlinga-Grudzińskiego jest lekturą. Dla moich uczniów Solidarność jest taką samą odległą historią, jak Powstanie Warszawskie. Politycy kłócą się, a niektórzy chyba nie pamiętają czasów młodości i tęsknią za komunizmem. Ale na tym polega wolność. O to walczyliśmy, o tym marzyliśmy.
R. Wielkie pijaństwo po 4 czerwca Zepsuję wam humory: 3 czerwca 1989 roku w nocy ogłoszono w naszym pułku w Braniewie pogotowie bojowe. Byłem jednym z 6 podchorążych SPR - takich "na rok, nie na front" po studiach. Na rok, a zanosiło się, że "wyjdziemy na ludzi"; zwłaszcza że oficer polityczny - karierowicz, koniunkturalista, menda wyjątkowa (dziś jest oficerem wychowawczym; taki to zawsze się odnajdzie) - wygłosił bardzo bojowe przemówienie.
Ale my - upolitycznieni i mocno "anty"; część miała epizody podziemne - nie zamierzaliśmy się na to godzić. Zmowa była szybka i ostrożna, ale wiadomo było, że część bwp nie wyjedzie, zepsuje się po drodze itp itd. W najgorszym razie i tak mieliśmy pójść pod mur. Nie ukrywam, że grałem w tym jedną z głównych ról. Prawdę mówiąc było mi wszystko jedno - dostałem wiadomość, że rozpadło się moje studenckie jeszcze małżeństwo. Żona nie czekała i wyprowadziła się do faceta z pozycją, nie zważając na nic co nas łączyło.
4 czerwca ze zdumieniem zauważyliśmy, że ewentualną "bojowość" i "obronę socjalizmu" niżej pleców ma także kadra zawodowa i jakby co, to chyba "bronić socjalizmu" będą sami polityczni... No, to było zaskoczenie!
Wyniki wyborów były dla nas świętem, zakończonym wielkim pijaństwem. Kadra była zdezorientowana: sam miałem rozmowę z pewnym kapitanem, który z troską mówił "zobaczysz, to się skończy gorzej niż w '81, teraz wejdą Ruscy i będzie masakra". Baliśmy się tego, ale choć ta chwila wolności...
Jako ostatni normalny pobór siedzieliśmy "do gwizdka". Wyszliśmy późną jesienią, kiedy cały świat wyglądał inaczej i obejrzeliśmy upadek Muru. Niektórzy - jak ja - osobiście. Potem... potem było lepiej niż się baliśmy, ale też i gorzej niż marzyliśmy. Teraz wszyscy mamy po 40. Niektórym się udało. Innym - jak mnie - połowicznie; bo są jakieś tam sukcesy, ale w szybkim tempie "turbokapitalistycznym" nic w życiu osobistym nie udało się skleić. Widać tak musiało być. Ale jakże piękny był wtedy ten powiew wolności...
S. Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>