http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

4 czerwca 1989 dojrzałem do solidarności

Wojciech Baluch
2009-05-29, ostatnia aktualizacja 2009-05-29 15:21

W roku 1980 miałem jedenaście lat i w pamięci utkwiły mi obrazy strajkujących robotników oraz patriotyczne piosenki. Potem był stan wojenny, uliczne demonstracje i odwiedziny w załęskim internacie u ojca. W roku 1989 miałem dwadzieścia lat i wtedy zobaczyłem to, co pokolenie moich rodziców obserwowało w czasie sierpniowych strajków.

Zbliżały się pierwsze wybory, w których częściowy udział po raz pierwszy zagwarantowany miała opozycja. W tamtym czasie nikt nie ufał władzy, dlatego obok intensywnej, naprawdę imponującej, kampanii wyborczej gorączkowo poszukiwano ludzi do komisji, którzy będą patrzyli na ręce drugiej stronie.

Wtedy w Krakowie ktoś wpadł na pomysł, aby zabezpieczyć się przed fałszerstwami na linii łączącej pojedyncze komisje z komisjami wojewódzkimi. Postanowiono zebrać wszystkie wyniki z miasta, aby przeliczyć je we własnym zakresie, a następnie upublicznić. I wtedy się zaczęło, to co doskonale znam z obecnych doświadczeń, narzekania, że nie ma komputerów, a co ważniejsze, żaden informatyk nie zagwarantuje działania programu napisanego w tydzień.

Generalnie, pomysł świetny, ale nie na te czasy, nie na ówczesne możliwości. A jednak, mieliśmy wtedy coś, o czym tak marzy każde ustabilizowane społeczeństwo, w którym programy, pomysły i rozwiązania kupuje się w najbliższym sklepie, dostając gwarancję i zapewnienie o ich skuteczności. Tym deficytowym towarem w rozwiniętych demokracjach, była odwaga i determinacja.

Mój ojciec, który działał od lat w Solidarności zapytał swojego zięcia Tomka, który właśnie kończył informatykę, czy potrafi napisać taki program. Okazało się, że tak, choć bez gwarancji, że się coś nie sypnie. Podjęliśmy jednak szybką decyzję na tak. Tadeusz Syryjczyk zapewnił komputery z AGH (wtedy tak duża ilość komputerów była niemal nieosiągalna) utworzyliśmy dwa centra obliczeniowe, które ruszyły wraz z zamknięciem lokali wyborczych.

Kierowałem biurem na Piłsudskiego, w którym panowała atmosfera święta. Przyjeżdżały dziesiątki ludzi opowiadając o tym jak spędzili ten wyjątkowy dzień. Byli tam znajomi i osoby zupełnie przypadkowe. Później zaczęły spływać wyniki i rozpoczęło się żmudne wklepywanie ich do komputera. System padał, zawieszał się, ale za każdym razem udawało go się ożywić i posuwaliśmy się do przodu.

Około godziny pierwszej w nocy na podstawie raportów z drugiego biura i naszych doświadczeń okazało się, że praca idzie zbyt wolno. Zostawiłem na chwilę zespół i siadłem w drugim pokoju z kartką papieru. Sprawa była prosta i po chwili obliczeń zdecydowałem, że możemy opuszczać dwie lub trzy ostatnie cyfry (nie pamiętam teraz) ze spływających wyników bez znaczącego wpływu na ostateczne obliczenia. Praca przyspieszyła.

Wczesnym rankiem, wydrukowaliśmy gotowe wyniki na drukarce igłowej, które zostały rozwieszone na drzwiach wszystkich komisji w Krakowie. Pod jedną z nich moi rodzice spotkali człowieka, który sam chodził od komisji do komisji i spisywał okoliczne wyniki, kiedy zobaczył zbiorczą kartę z całego miasta ucieszył się bardzo i wykrzykną "wygraliśmy". Wygraliśmy, ale nie tylko miejsca w Sejmie i Senacie. Nasze wyniki były zgodne z oficjalnymi tyle, że byliśmy pierwsi. Dzięki naszej odwadze i determinacji osiągnęliśmy to co zawsze dawała solidarność, zwycięstwo.

W biurze spędziłem całą noc z 4 na 5 czerwca. Wklepywałem wyniki, pomagałem kolejnym wolontariuszom rozwiązywać drobne problemy z programem, piłem kawę i patrzyłem na przyjeżdżających z wynikami ludzi. Byli podekscytowani i szczęśliwi. Każdy przychodził do biura na Piłsudskiego jak do domu. Większość z nich widziałem po raz pierwszy, a przecież czuło się niezwykłą bliskość. Kiedy teraz przypominam sobie te twarze, które tak mocno utkwiły mi w pamięci, to uświadamiam sobie, że dziś dzieli nas wiele. Poglądy, postawy życiowe, nasza indywidualna droga w wolnej Polsce, którą przebyliśmy przez ostanie dwadzieścia lat wolności.

To jednak nie zmienia tamtego czasu. Tej nocy poczułem smak solidarności i zwycięstwa, jakie ona ze sobą niesie. Dlatego 4 czerwca w Krakowskim Wściekłym Psie wypiję toast za wolność. Za wszystkich spotkanych wtedy ludzi, za tych, którzy o nią walczyli, i za tych, którym się ona należy. Za taką wolność, o jakiej marzyli tej nocy, kiedy spotykaliśmy się w biurze małopolskiej Solidarności.

PS. Pijąc toast za naszą polską wolność muszę też wspomnieć o 4 czerwca na placu Tienanmen. Chcę pamiętać o tamtych ofiarach ludzi. Walczyli o tę samą wolność, co my.

  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':