Patrzyłam, jak przychodzili ludzie - młodzież z dziećmi, staruszkowie, którzy zasiadali przy stolikach, wkładali okulary, wyciągali linijki i starannie, równiutko skreślali listę rządową! Podeszła do mnie jakaś kobieta: „Państwo z »Solidarności «? Tak. To już dobrze".
Ale najbardziej ekscytujące było całonocne liczenie, liczyliśmy wszyscy, inaczej nie dałoby rady. Nawet ci młodzi, "bojowi i czujni solidarnościowcy" padali na nos. Ale jak się widziało rosnącą górę list Senatu "Solidarności", to serce rosło.
"Tamci" zaczynali warczeć, że "pewno trzeba unieważnić wybory", że to za długo trwa, że w lokalu ma być jakieś "zebranie", ale zaczęły napływać telefony, że wszędzie jeszcze liczą, więc się uspokoili.
Wychodziłam rano, ludzie szli do pracy jak co dzień, jakby nigdy się nic nie stało, dopiero potem Joanna Szczepkowska powiedziała..., dopiero potem... A ja dostałam od przyjaciela, którego namówiłam do uczestnictwa w innej komisji, siedział na Jezuickiej z prokuratorami (tam, gdzie Przemyka...), ogromny bukiet biało-czerwonych goździków. Powiedział, że nigdy w życiu czegoś takiego nie przeżył. I ja też.
Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>